Forum smierc Strona Główna smierc
smierc i umieranie
 
 POMOCPOMOC   FAQFAQ   SzukajSzukaj   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

UZDROWISKO PATERNOSTER

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum smierc Strona Główna -> Moderowane przez ddn
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
dominikdano



Dołączył: 12 Lut 2007
Posty: 690

PostWysłany: Nie Sty 03, 2016 13:51    Temat postu: UZDROWISKO PATERNOSTER Odpowiedz z cytatem

UZDROWISKO PATERNOSTER
/autor: ddn/

- ... Niestety, ale nie będzie to możliwe. Nasz zakon jest męski i nasi podopieczni, bez wyjątków, są wyłącznie mężczyznami – głos należał do ojca Michała, ordynatora lazaretu, jak zwaliśmy przyklasztorny szpital. - Zresztą stan małej, jak widzę z tych wypisów jest... hm – westchnął cicho - terminalny. Przykro mi... ale chyba to sami wiecie?
Nie powinienem podsłuchiwać, lecz ta rozmowa sama „dolatywała” do mnie, to znaczy na poddasze, na którym akurat sprzątałem. Średniowieczne budowle miewają takie swoistości, że szepty w lochach są doskonale słyszane nawet na strychu. Nie powinienem też zwracać uwagi na coś, co nie jest przeznaczone dla mych uszu, jednak ciekawość wygrała i żeby lepiej słyszeć to nawet zbliżyłem się do otworu „stetoskopu”, jak zwaliśmy te gotyckie, a może i nawet jeszcze romańskie, instalacje do podsłuchiwania.
- Ojcze doktorze, ale Ania jest jeszcze dzieckiem. Wszystkiego już próbowaliśmy... wszystkiego i powiedziano nam, że już jedynie tu możliwe jest uratowanie naszej córki... uzdrowienie... cud. Bardzo proszę nam nie odmawiać, bardzo... – upraszała łkającym głosem matka chorej dziewczynki. - Nie mamy już innej nadziei...
- Owszem, widzę z tych dokumentów, że dziecko było pacjentką doskonałych klinik i najlepsi specjaliści okazali się bezsilni. Naszego skromnego szpitala nie można z nimi porównać pod jakimkolwiek względem. Przykre to, że niestety muszę was rozczarować - autentyczny smutek przebijał z głosu ojca Michała - ale skoro tamci nie dali rady, to my tym bardziej.
- Jednak słyszeliśmy, że jeśli zdarzają się jeszcze cuda na świecie – nowy głos należał do mężczyzny – to jesteśmy we właściwym miejscu. Gdy wszystkie inne możliwości już zawiodły, to może ktoś tu jednak sprawi cud?
- Gdyby jakiś cud miał się zdarzyć, to zdarzyłby się sam, bez naszego udziału. Pana wnuczka ma glejaka czwartego stopnia. Jak czytam w wypisach, wykryto go ponad dwa lata temu. Cudem jest, że przeżyła do dziś. To po prostu nie miało prawa się zdarzyć.
- Ojcze Michale – ten głos należał do przeora, który teraz chyba właśnie podszedł do rozmawiających, gdyż w jego obecności żaden tutejszy mnich się nie odzywa do osób z zewnątrz - chciałbym przez chwilę pozostać tylko z naszymi gośćmi.
Nasz przeor miał rzeczywiście opinię cudotwórcy, który potrafi leczyć najbardziej beznadziejne przypadki. Nie był z wykształcenia lekarzem, jak ojciec Michał i kilku innych naszych braci. Pacjentów przeora umieszczano więc w hospicjum, sąsiadującym ze szpitalem. Tam właśnie zajmował się najciężej chorymi i czasem ich rzeczywiście uzdrawiał.
- Choroba waszej córki jest śmiertelna – przeor nie próbował ich pocieszać. - Nie rokuje żadnych nadziei. Żad-nych – powtórzył z naciskiem.
- Moja wnuczka jest jeszcze zbyt młoda by umrzeć, abba Janie, tylko w tobie pokładamy już nadzieję.
- Raczej pana córka i córka pana córki, a przy okazji pana wnuczka. Czyż nie tak?
- Tak... - głos mężczyzny się załamał – czy przez to właśnie musi umrzeć? - spytał.
- To, że urodziłam siostrę... nie znaczy, że jej nie kochamy... i nie chcemy by żyła. Ona jest taka dobra... wspaniała... taka cudowna... – matka i jednocześnie siostra ciągle tłumiła szloch.
- Nie wiem przez co ktoś musi umierać – odparł przeor. - Może Ania sama najlepiej to wie? - zamilkł i po chwili namysłu zdecydował. - Dobrze. Niech więc będzie co ma być,wezmę ją do siebie, skoro o to prosicie, ale niczego wam nie obiecują. Czy to jest jasne?
- Dziękujemy z całego serca, dziękujemy – kobiecy głos łkał – ale proszę jej na Boga nie mówić, że dziadek jest jej tatą. Bardzo proszę. Ona tego wcale nie wie.
- Być może – mruknął. - Ode mnie się tego oczywiście nie dowie. Proszę więc podjechać pod bramę hospicjum i poczekać, aż ktoś do was wyjdzie i odbierze dziewczynkę. Z panem Bogiem – pożegnał się cicho.
Dosłyszałem już potem tylko cichnący odgłos oddalających się ludzi i po chwili ciszy silne bicie własnego serca. Nic dziwnego, że biło tak gwałtownie. Boże, czy te straszne tajemnice powinienem usłyszeć? Nawet ojciec Michał ich nie poznał, bo wpierw przeor kazał mu się oddalić. A jak w takim razie powinienem postąpić ze spowiedzią? Nagle poczułem się jak w potrzasku. Tej nocy też nie mogłem usnąć. Zazwyczaj usypiam szybko i lekko, czemu sprzyja praca fizyczna i modlitwa. Ora et labora są tu zasadniczym stanem bycia. Z powodu bezsenności czuwałem, co też jest formą wypoczynku, który był zaburzany powracającymi myślami o podsłuchanej rozmowie. Gdy w końcu wstałem przed świtem, nie byłem okropnie zmęczony, a tylko trochę. Kusiło mnie by pójść do hospicjum i zobaczyć tę biedną Anię, ale ostatecznie powstrzymywałem się i tylko się w jej intencji pomodliłem.
Jestem od niedawna w nowicjacie i jeszcze sporo czasu upłynie do złożenia pierwszych ślubów zakonnych. Nasi bracia posługują chorym mężczyznom, zaś siostry z podobnego zgromadzenia posługują chorym kobietom. Tak to kiedyś dawniej zostało ustalone i dlatego przyjęcie do hospicjum umierającej dziewczynki przez przeora jest niebywałym zdarzeniem, o którym się jednak nie mówiło, bo nie zwykliśmy komentować decyzji przełożonych. Każdy z nas, czy to wyświęcony mnich, czy też nowicjusz, poza tym co nakłada zakonna reguła, ma dokładnie określone zadania do wypełnienia i rozmaite prace do wykonania, te codzienne i te rzadsze, doraźne. Od nowicjuszy wymaga się głównie utrzymywania porządku, sprzątania, pomagania innym w ich znacznie bardziej odpowiedzialnych czynnościach. W naszym zakonie jest w sumie trzydziesty dwóch mnichów posługujących chorym i jedenastu nowicjuszy. Czyli łącznie jest nas aktualnie czterdziestu trzech. Czterdzieści trzy to liczba pierwsza, a cztery dodać trzy równa się siedem, czyli także liczba pierwsza, mająca ponoć jakieś kabalistyczne znaczenia, ale kabałą się tu chyba nikt nie para.
W szpitalu jest miejsce dla prawie sześćdziesięciu pacjentów, którymi opiekuje się mieszany personel medyczny, złożony z naszych braci zakonnych i osób świeckich, lekarzy, terapeutów, pielęgniarzy, zaś hospicjum, mające niemal zawsze komplet trzydziestu trzech chorych terminalnie, obsługujemy już sami. Dostęp do nich mają też kobiety. Zazwyczaj są to żony umierających, ich siostry lub córki, z którymi mogą przebywać bez jakichkolwiek ograniczeń, także jeśli są przyjezdnymi. Kompleks zabudowań przyklasztornych posiada dla nich mały i dość wygodny hotel, z możliwością stołowania się w pobliskim zajeździe, który też oferuje noclegi. Oczywiście pacjenci szpitala też mogą być odwiedzani przez bliskich, ale tylko w wyznaczonych dniach i porach odwiedzin. Naszymi pacjentami są nie tylko osoby duchowne, czyli księża, bądź zakonnicy. Większość to jednak świeccy, nieraz nawet niekatolicy. Pracujący w szpitalu i w hospicjum mają dobre przygotowanie zawodowe. Wielu naszych mnichów ukończyło renomowane akademie medyczne i jest w pełni wykwalifikowanymi i doświadczonymi medykami, często o kilku specjalizacjach lekarskich. Apteką ogólnodostępną, gdzie każdy może zaopatrzyć się w lekarstwa i w wiele innych artykułów przydatnych chorym, zarządzają też mnisi farmaceuci po studiach. Ja sam, przed wstąpieniem do naszego zgromadzenia, ukończyłem psychologię, dlatego bardziej przydaję się w hospicjum. Ale też czasem miewam dyżury w szpitalu. A i nasz szpital, co pewien czas, ma ostre dyżury i wtedy przyjmuje też kobiety na oddział intensywnej opieki medycznej, popularnie zwany OIOM.
Podczas jutrzni ciągle nachodziła mnie myśl o przyjętej poprzedniego dnia do hospicjum ciężko chorej dziewczynce, dlatego ledwo co mogłem skupić się na modlitwie. Niepokoiło mnie też, że byłem przypadkowym świadkiem tej dramatycznej rozmowy. Postanowiłem więc, że po pracy pójdę do naszego przeora i mu to powiem, bo nikomu innemu nie chciałbym o tym mówić bez jego zezwolenia. Musiałem się też zastanowić jak ominąć podpszeora, do którego powinienem zwrócić się z tym wcześniej, ale tym razem sprawa była szczególna. Wyczekałem więc, jak wyjdzie z pokoju i wszedłem do sekretariatu, gdzie urzędował ojciec Stanisław. Popatrzył na mnie i nie pytając wskazał drzwi.
- Czeka na ciebie – wyszeptał, co wywołało u mnie lekkie dreszcze, bo choć wiedzieliśmy, że Abba ma nieludzkie umiejętności, to zawsze zaskakiwało nas, gdy objawiały się nam w taki bezpośredni sposób.
Wszedłem jak potrafiłem najciszej i stanąłem przed skromnym prostym biurkiem, za którym siedział i przeglądał jakąś wiekową księgę.
- Chciałeś się ze mną widzieć – powiedział cicho, nawet na moment nie odrywając oczu od zżółkłych rycin, na których była ona otwarta.
- Tak, czcigodny ojcze, muszę coś wyznać – zacząłem z duszą na ramieniu, ale skoro już przemówiłem, to niech się dzieje Wola Boża. - Wczoraj pracowałem na poddaszu i przypadkowo do moich uszu doszła rozmowa, która nie była dla nich przeznaczona. Usłyszałem tylko jej fragmenty, ale jak sądzę, dość kluczowe – zawahałem się i po chwili kontynuowałem – dotyczyły osoby, która wczoraj została przyjęta do hospicjum – wystękałem.
Zamilkłem i pochyliłem głowę, a przeor Jan w skupieniu kartkował księgę, jakby nie słyszał co powiedziałem i tylko szelest pergaminu naruszał przejmującą ciszę. Przejmującą, lecz nie grozą, a raczej niepokojem.
- Nic się nie dzieje przypadkowo – powiedział cicho, jakby tylko do siebie to mówił. - Przypadek to wymysł ateistów i materialistów. Nie istnieje coś takiego jak przypadek. To fałszerstwa głupców.
Struchlałem i stałem jak słup soli, nie ważąc się już nawet odzywać i tylko czekałem co mi rozkaże.
- Opatrzność Boża sama o wszystkim decyduje, a my mnisi winniśmy posłuszeństwo. Miłosierny Bóg wskazuje po swojemu kto ma spełnić Jego wolę. A więc od teraz Ania znajdzie w tobie troskliwego opiekuna, prawdziwego samarytanina, drogi synu.
Znów pochylił się nad księgą, co dla mnie znaczyło koniec audiencji. Wyszedłem cicho i skierowałem się do hospicjum, żeby poszukać chorej.
Anię znalazłem w sali na drugim piętrze hospicjum. Panował tu półmrok, choć do wieczora było jeszcze trochę czasu, a i okno od południa dawało więcej światła niż gdzie indziej, to jednak nie w grudniu. Szarość wnętrza barwiły tylko lampki, diody i monitory aparatury podłączonej do chorej dziewczynki. Chyba spała. Kołdra okrywała drobny, a może raczej smukły dziecięcy kształt o bladej wychudzonej twarzyczce. Ciężka choroba i obciążająca organizm terapia zawsze postarzają, dlatego wyglądała na znacznie więcej lat niż rzeczywiście ich miała. Cicho zdjąłem kartę choroby ze szczytu łóżka, jak się fachowo nazywa ów element przeciwny do wezgłowia, gdzie się ją zwykle wiesza i podszedłem do okna, bo było tam nieco jaśniej. Włączenie światła mogłoby niepotrzebnie zbudzić tę biedną drobinkę. Podano jej leki i kroplówki, które czasem usypiają. Po zapoznaniu się ze skromną dokumentacją chorej odwiesiłem kartę z powrotem i usiadłem na krześle próbując się pomodlić. Szło opornie, bo smutek i natłok myśli utrudniały skupienie. Wnet przypominało mi się moje własne dzieciństwo, szczęśliwe i radosne.
Zawsze byłem zdrowy jak koń i pełen energii. Uwielbiałem i jest tak do dziś, wysiłek fizyczny, sport i turystykę, w rozmaitych formach, czasem też ekstremalnych. W nowicjacie dostałem przyzwolenie na kontynuowanie tych zamiłowań, z wyjątkiem boksu, karate i wszelkich innych sztuk walk, choć aikido, które uprawiałem wiele lat, osiągając zresztą znaczne umiejętności, jest właśnie duchową techniką opanowywania każdej formy agresji. Być może to nawet ono sprawiło, że zatęskniłem za mnisim habitem.
Nasz klasztor oraz także szpital otoczone są rozległym kompleksem parkowym z kilkunastu kilometrową siecią ścieżek zdatnych do biegania przełajów, a zimą prócz tego służących jako wymagające trasy dla narciarzy klasyków, bo teren jest tu mocno pofałdowany, jak to zwykle w górach. Można więc mnie często widzieć jak sobie po tym parku kłusuję, ale przeważnie jednak nikogo tam nie spotykam. Nieopodal naszej miejscowości, w dawnych, a dziś niestety zrujnowanych magnackich włościach, prywatni inwestorzy planują wybudować ośrodek rehabilitacyjny. Ma więc tam powstać w dawnym pałacu duży hotel z rozmaitymi urządzeniami służącymi do odnowy biologicznej, z salami gimnastycznymi, a nawet z siłownią i pływalnią. Można tam będzie stąd w pół godziny dojechać na rowerze. Nie wykluczone, że dostanę zgodę na korzystanie z tych dobrodziejstw cywilizacji. Póki co za siłownię służy mi drewutnia, gdzie noszę kłody i rąbię je na szczapy nadające się do spalenia w piecach i kominkach klasztornych oraz na podpałkę w kotłowni szpitala. Łatwo odpłynąłem z nurtem miłych myśli i gdy się z nich otrząsnąłem, to w mroku sali zobaczyłem szkliste oczy, przypatrujące mi się z zaledwie cząstkowym zainteresowaniem, można rzec przełamującym nieobecność. Ania dostawała środki przeciwbólowe, które też otępiają. Wstałem i podszedłem bliżej dziecka. Śledziła spojrzeniem moje ruchy, a więc była przytomna.
- Na imię mam Lucjan – przedstawiłem się – i jestem twoim pielęgniarzem, Anno. Czy masz jakieś życzenie?
Zaprzeczyła powolnym ruchem głowy.
- Twoi... - chciałem powiedzieć rodzice, ale ugryzłem się w język – twoi bliscy są na miejscu, odpoczywają w hotelu – wiedziałem, że czuwali od wczoraj niemal do południa - i jeśli chcesz to zaraz ich tu poproszę.
- Nie trzeba, niech się prześpią - wyszeptała. - Są bardzo zmęczeni. Ale to już nie potrwa długo – zamknęła powieki i zdawało mi się że znów usnęła, jednak nie, bo cicho poprosiła. - Czy może ksiądz zapalić jakąś lampkę, bo tak tu ciemno?
- Jasne – szybko zapaliłem kinkiet. - Czy tak wystarczy?
Skinęła, była bardzo osłabiona, lecz spojrzała na mnie z nieco większym zainteresowaniem.
- O, młody jest mój ksiądz – uśmiechnęła się i raczej stwierdziła niż pytała - i będzie przy mnie do końca?
Poczułem to fizycznie, bo aż ukłuło mnie w brzuchu.
- Nie jestem księdzem, bo zaledwie alumnem, czyli jakby uczniem w nowicjacie.
- Yhym – przytaknęła i po chwili dodała – ale i tak nie wiem co to znaczy. Każdy ma takiego księdza... na jakiego zasługuje. A mój jest alumnem – mimo swego stanu potrafiła ciągle żartować, ale szybko spoważniała. - Nie jestem... wierząca... tak wierząca jak ksiądz. Nie wiem sama jak.
Powoli przesunęła prawą dłoń w okolice serca, jakby chciała sprawdzić, czy ma coś pod koszulą. Potem z trudem wysupłała spod niej niewielki wisiorek, który zabłysnął w bladym świetle sali i rozjaśnił całe wnętrze niespodziewaną iluminacją promieni, jakby to on właśnie był źródłem tego blasku.
- Wierzę, że ten amulet mi pomaga - wyszeptała. - Kryształek znalazłam niedawno w jakichś domowych szpargałach i poprosiłam mamę, by go tak oprawiła. To nie jest zwyczajna biżuteria. W to wierzę... a ksiądz w co wierzy?
- Raczej nie wierzę w amulety i że mogą pomóc. Martwe rzeczy są pozbawione ducha, który jest życiem. Pomóc może tylko to, co ma w sobie ducha, co jest żywe. Zgodnie z tym w co wierzę tylko żywi ludzie mają w sobie ducha.
- Mój duch jest już więc prawie martwy... Jak ten wisiorek.
- O nie, nic podobnego. Każdy duch jest nieśmiertelny. Jest wieczny, bo nie jest z materii. Nie ma w nim... – przez moment zastanawiałem się czego takiego – ani krzty śmiertelnej substancji. Jest samym wiecznie żywym życiem.
- To chyba nie wszyscy ludzie go mają. Ja go raczej nie mam.
- Każdy człowiek go ma. Ty też, skoro żyjesz. Fakt życia to jest dowód jego obecności. Innego ludzie najczęściej nie znajdują.
- Czy zwierzęta też mają ducha? - tym trafnym pytaniem mnie zaskoczyła. - Bo one też żyją.
- No tak, muszą go mieć, ale pewnie innego, skoro są zwierzętami, a nie ludźmi – improwizowałem mając nadzieję, że nie plotę herezji. - Ludzkie duchy nazywamy duszą, a zwierzęta jej podobno nie mają – przypomniałem sobie dawną lekcję katechezy. - Może jesteś już zmęczona moją paplaniną?
- Nie, nie. Ta rozmowa mnie nie męczy, ale pomaga, przynosi ulgę, odrywa od myśli, od strachu. Boję się śmierci, która przyjdzie niedługo. O właśnie! Wierzę w śmierć. A ksiądz? Czy ksiądz wierzy w śmierć odbierającą ludziom ich życie?
- Tak, ale wierzę też, że można ją pokonać. Jezus choć umarł na krzyżu, to ją pokonał.
- Czy może mi ksiądz o tym opowiedzieć? W domu nigdy o tym nie rozmawialiśmy i nie chodzimy też do kościoła – wyjaśniła.
- Oczywiście, ale to jest długa historia.
- Nie szkodzi. Innych zajęć nie mam. Mogę właściwie tylko słuchać.
- Hmm, jak to zacząć? - namyślałem się przez chwilę, ale skoro rozmowa ze mną łagodzi jej cierpienia, to właściwie długie opowiadanie będzie nawet lepsze.
- Najłatwiej zaczyna się od początku – coraz bardziej zdumiewała mnie jej rezolutność.
Przytaknąłem więc tylko skinieniem głowy. Kandydat na zakonnika z zacięciem kaznodziejskim. Wcześniej się takim nie widziałem. Ale niech się stanie Wola Boża, amen.
- Wierzymy w Kościele, że Bóg, który istnieje i jest wieczny, który wszystko może i wie też wszystko, który jest bardzo dobry i sprawiedliwy i w ogóle jest doskonały, stworzył cały świat od zera. Po prostu z niczego go stworzył taki jaki jest. Uczynił to z niedającej się po ludzku wyrazić miłości do ludzi, których stworzył na swój obraz i podobieństwo, dając im też wieczne życie – powoli nabierałem rozpędu w snuciu biblijnej opowieści, zważając by dostosować jej treść do młodych uszu słuchaczki.
Przerwałem opowieść, gdy zauważyłem, że usnęła kiedy właśnie Salomon zaczął wznosić świątynię. Wydawała się też bardzo spokojna. Cicho więc wyszedłem i skierowałem się do swojego małego apartamentu. Każdy zakonnik ma bowiem własną celę z łazienką, czasem też z małym gabinetem. Także alumni, będący w nowicjacie, mają oddzielne pokoje z umywalkami, wyposażone w zwykłe łóżka, proste stoliki i takież krzesła. Wspólne są sanitariaty, ubikacje i łazienki, dostępne z korytarza.
Zerknąłem na zegarek. Było jeszcze trochę czasu do nieszporów, dlatego postanowiłem się odświeżyć, wziąć prysznic, ubrać czyste odzienie. Po modlitwach wieczornych planowałem znów pójść do Ani, a potem być może spędzić przy niej całą noc.
Gdy przyszedłem do chorej, zastałem u niej matkę i dziadka. Ania była ożywiona i uśmiech często pojawiał się na jej twarzyczce. Zobaczyła mnie w drzwiach i machnięciem dłoni zaprosiła mnie do wejścia.
- To jest ksiądz Lucjan – przedstawiła mnie rodzinie - jest cudownym pielęgniarzem. Moja mamusia. – wskazała na bliskich - Prawda, że jest piękna? A ten przystojniak, to mój ukochany dziadek.
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – przywitałem się trochę speszony słowami pacjentki.
- Na wieki wieków amen – odparł przystojniak, a piękna mama tylko łaskawie na mnie spojrzała i lekko skinęła głową.
- Nie będę państwu przeszkadzał – postanowiłem się wycofać. - Gdybym był potrzebny to jestem w dyżurce. Tym przyciskiem można mnie łatwo przywołać – dodałem i szybko wyszedłem.
Kilka miesięcy bycia w nowicjacie, codzienna bliskość skromnych, cichych i łagodnych mnichów sprawiły, że odwykłem od normalnych, świeckich zachowań. W pewien sposób zdziwaczałem.
Dyżurujący w hospicjum brat przekazał mi polecenie przeora, że po kolacji mam do niego przyjść, co też uczyniłem, wchodząc od razu do jego biura. Zresztą i tak nie było ojca Stanisława.
- Jaki jest stan naszej pacjentki, synu? - zapytał ojciec Jan.
- Z wyników badań bez zmian, ale gdy ją widziałem ostatni raz, to wydała się pogodzona ze swoją sytuacją – niewiele miałem mu do przekazania, więc dodałem. - Dzielę się z nią ewangelią.
- Aha. Ona nie jest ochrzczona. Wiesz o tym?
- Nie, powiedziała mi tylko, że nie chodzą w domu do kościoła. Opowiadam jej historię biblijną i jak sądzę z zainteresowaniem jej słucha.
- To chyba wszystko co możemy dla niej zrobić. Jej ziemski czas dobiega kresu.
- Jednak jej bliscy wierzą, że u nas wyzdrowieje – poczułem się rozczarowany. - Liczą na cud! - niemalże to wykrzyknąłem.
Abba Jan nic nie odrzekł i tylko popatrzy na mnie przeszywającym spojrzeniem. Skurczyłem się w środku niezadowolony z siebie. Ciągle jestem nieposkromionym wojownikiem, który nie panuje nad emocjami.
- Przepraszam – wystękałem zawstydzony.
- Nie ma powodów – uśmiechnął się po swojemu. - Dzielenie się ewangelią to największy cud. W nim pokładajmy swą nadzieję – jakby na przestrzał, ciągle świdrował mnie oczami.
Nie wiem czy myślał o Bogu, czy o dzieleniu się się słowem Bożym, a może o czymś jeszcze. Zapragnąłem się szybko stąd ewakuować, ale zupełnie nie panowałem nad własnym ciałem. Stałem nieporuszony, jakbym nagle wpadł w katatonię. Przeor podniósł się z krzesła i podszedł do wielkiej szafy z książkami, która była jego osobistą biblioteką. Otworzył masywne przeszklone drzwi i po chwili wyjął z niej sporą tekę zamykaną na kłódeczkę. Po czym mi ją podał wraz z kluczykiem, który wyszperał z zakamarków wiekowego regału.
- Mroczne dzieje – wyszeptał tajemniczo i dodał jeszcze tylko – do przejrzenia w swobodnym momencie.
Ale do przeglądania teczki zabrałem się natychmiast po powrocie na dyżur. Sprawdziłem tylko, czy nie jestem gdzieś pilnie potrzebny. Ani nadal towarzyszyli bliscy. Inni moim podopieczni też nie wzywali pielęgniarza, ale upewniłem się, że niczego pilnego ode mnie nie potrzebują. Uznałem więc, że moment jest właśnie swobodny, by zajrzeć w mroczne dzieje, jak to ujął przeor Jan.
Teczka nie była opisana. Zawierała odręcznie wykonane notatki na zżółkłych papierach dziwnego, bo niemal kwadratowego formatu, spiętych w cztery lekko prujące się już, może ze starości nawet, niezbyt grube zeszyty. Przeważnie zapisano je i zarysowano ołówkiem, ale też kilka stron było wykonanych jakby jakimś brunatnym tuszem, lub atramentem. Te nibynotesy były na okładkach opisane, albo może zatytułowane „Nelees”, „Nomead”, „Sertceps”, „Muroinmos”. Poza nimi był w teczce plik wycinków z gazet, lub z jakichś innych druków, jakby powyrywanych, czy wręcz wyszarpanych z książek. Do każdego takiego wycinka były podpięte karteczki, objaśniające ich często obcojęzyczną treść, co stwierdziłem po pobieżnym przeczytaniu jednej z nich. Ponadto znajdowało się jeszcze w teczce kilkanaście zrobionych ołówkiem rysunków na bezformatowych różnokształtnych kartonikach, z jakimiś dziwnymi gryzmołami oraz brązowa nieopisana koperta zawierająca monochromatyczne zdjęcia, głównie w szarościach i kilkanaście też w odcieniach sepii oraz klaser na znaczki pocztowe wypełniony odcinkami kliszy fotograficznej. Wyjąłem kolejno kilka tych negatywów i obejrzałem pod światło. Niewiele to dało. Bez dobrej lupy czy jakiegoś rzutnika, to raczej szkoda wysiłku, żeby coś na nich dojrzeć. Tylko jakieś drobniusieńkie plamki.
Sięgnąłem znów po notesy i teraz już znacznie wolniej je przekartkowywałem. Z zadowoleniem oceniłem, że notatki sporządzono ładnym, dość wyraźnym charakterem pisma, a znajdujące się tam odręczne rysunki, wykonano z biegłością godną renesansowego artysty. Potem przejrzałem uważnie wycinki i drukowane kartki. Ich treści dotyczyły zdarzeń nie dających się racjonalnie wyjaśnić, które zaliczano tam do cudów. Zdjęcia przedstawiające jakieś osoby były ponumerowane i jak sądziłem mogły być powiązane z pozostała zawartością teczki. Podobnie też ponumerowane były negatywy, co już wcześniej dostrzegłem.
Usłyszałem kroki na korytarzu i za chwilę pojawili się w drzwiach dyżurki bliscy Ani.
- Usnęła – wyszeptał dziadek dziewczynki. - Będziemy w pokoju hotelowym gdyby się coś działo... - wyszeptał przygnębionym głosem. - Proszę czasem zaglądać do Aneczki.
- Oczywiście, Ania jest pod stałą czujną opieką – odparłem. - Proszę sobie spokojnie odpocząć.
Gdy tylko zjechali windą, szybko spakowałem teczkę, z która nie chciałem się rozstawać ani na moment i udałem się do niej. Kiedy zajrzałem do sali miała otwarte oczy i przywołała mnie gestem dłoni.
- Nie śpię, ale chciałam by mama i dziadek już poszli, więc udałem, że usnęłam – uśmiechnęła się kącikami ust. - Są bardzo zmęczeni tym wszystkim. Czy opowie mi ksiądz co było dalej z tą świątynią Salomona i co się potem jeszcze zdarzyło?
- Dobrze, skoro cię to nie nudzi – uśmiechnąłem się i usiadłem przy niej na krześle, po czym podjąłem przerwaną poprzednim razem opowieść.
W końcu jednak zasnęła i wówczas wróciłem na dyżur, który kończył się przed świtem. Zaglądałem kilka razy do niej i do innych podopiecznych, a w międzyczasie przeglądałem materiały otrzymane od przeora. Ich lektura, choć rzeczywiście wyrywkowa i pobieżna, zamiast wyjaśnić tylko namieszała mi w głowie. Gdy wróciłem do swojego pokoju rozważałem jeszcze czy dalej to czytać. Po namyśle jednak zrezygnowałem, gdyż byłem bardzo znużony. Usnąłem natychmiast po położeniu się do łóżka. Jak szybko kamień zapada się w głębi, tak ja utonąłem w niebycie. Spałem tej nocy tylko kilka godzin, ale tyle mi wystarczyło, by zregenerować siły, bo wstałem dość rześki. Po jutrzni i jeszcze przed śniadaniem pognałem do Ani. Dziewczynka nadal spała. Koło dziewiątej jest w hospicjum codzienny obchód lekarski. Potem zapewne przyjdą do niej jej bliscy. Miałem więc dobrą sposobność na swój poranny bieg, który odkładałem z uwagi na zajęcia i niezbyt zachęcającą do wychodzenia z domu pogodę. Ten poranek zdawał się przyjemny, bez silnego mrozu i bez opadów. Powietrze było cudownie orzeźwiające. Po krótkiej rozgrzewce ruszyłem, gdy właśnie jasność dnia zaczęła brać górę nad mrokiem odchodzącej nocy. Ścieżka była udeptana przez spacerujących tu za dnia, bo o tej porze nikt tu raczej nie przychodzi i też nie za śliska dla moich butów, przeznaczonych właśnie do biegania w takich warunkach. Szybko wszedłem w swój normalny rytm. Oddech trzeba zsynchronizowany z ruchem, wtedy można biec w miarę stałym tempem, niezależnie od tego czy wypadnie to w dół, czy pod górę. Trasa jaką obrałem wpierw wiodła wznoszącym się tu lekko obrzeżem zagajnika, po czym ostro skręcała i prowadziła duktem przecinającym go w poprzek. Tam było nieco ciemniej z uwagi na dość wysokie drzewa i gęste zarośla, jednak zalegający śnieg odbijał blask poranka rozpraszając skutecznie mrok. Gdy dobiegałem do kamiennej figury Chrystusa stojącego na doryckiej kolumnie, przy której to przeżegnawszy się skręcałem w kierunku powrotnym, bo była to mniej więcej połowa mojego zwyczajnego dystansu, jakieś jedenaście kilometrów z haczykiem, zobaczyłem coś dziwnego. Ktoś z pochyloną głową klęczał w śniegu tuż pod Chrystusem. Zwolniłem zaskoczony, a gdy zbliżyłem się na kilka metrów do postaci, ta podniosła się i odwróciła w moją stronę. Od razu rozpoznałem ojciec Jakuba, mającego blisko dziewięćdziesiąt lat emerytowanego księdza, przebywającego od kilku tygodni w naszym hospicjum. Choć jego stan był bardzo zły, cierpiał w wyniku ciężkiej choroby i w każdej chwili mógł odejść, to niezmiennie wzruszał wszystkich miłym, pogodnym usposobieniem. Spotkanie go tutaj nie mieściło mi się w głowie. Ucieszyłem się jednak na jego widok, bo żeby tu dojść, to musiał wyzdrowieć.
- Co za spotkanie... niech będzie pochwalony... - dyszałem i ze zmęczenia i trochę też z przejęcia - Jezus Chrystus...
Nic jednak nie odrzekł, a tylko pobłogosławił mnie znakiem krzyża i po chwili rozwiał się jak mgła. Tak po prostu. Rozejrzałem się wokół, ale ani jego, ani nikogo innego nie zobaczyłem. Pomyślałem, że widocznie jestem bardziej przemęczony niż sądziłem i mój umysł płata mi takie figle. Z powrotem biegłem więc nieco wolniej, żeby nie przeholować ze zbytnim wysiłkiem, bo omdlenie w bezludnym lesie i na mrozie mogło skończyć się kiepsko. Dopiero na miejscu dowiedziałem się, że ojciec Jakub umarł wtedy właśnie, gdy go „spotkałem” pod figurą w lesie. Byłem tym faktem wstrząśnięty. Mimo że uważałem się za religijnego, to z pewnością nie za naiwnego czy infantylnego człowieka. Nie wierzyłem dotąd w duchy pojawiające się żywym ludziom. Także i po tym zdarzeniu ciągle nie mogłem w nie uwierzyć. Zachowałem więc zdrowy sceptycyzm i uznałem, że lektura zawartości teczki otrzymanej od przeora, której to się oddałem kilka godzin wcześniej, a która właśnie tyczyła niezwykłych nadnaturalnych zjawisk, percepcji ich z poziomu duszy, a także realnego istnienia duchów, zjaw i rozmaitych demonów, mogła wywołać w moim umyśle tego rodzaju ułudę. Tylko dlaczego uroił mi się akurat ktoś taki, kto w tym samym momencie umarł? Odpowiedź umykała racjonalnym argumentom. Można to uznać za osobliwy przypadek, ale przecież Abba Jan stwierdził, że jest on wymysłem ateistów. Przypadki, jak mówi, nie istnieją. Pomyślałem, że muszę tę jego opinię jakoś sprawdzić.
Pobiegłem od razu do szatni dla personelu, gdzie wziąłem prysznic i przebrałem się w medyczną wersję habitu. Tak jak przypuszczałem, po obchodzie lekarskim zastałem u Ani jej bliskich. Niestety jej stan zdrowia systematycznie, acz dość powoli się pogarszał. Po południu przez parę godzin byłem przy niej. Chciała bym kontynuował historię biblijną, której nie poznała dotąd, choć przecież mogła. Tę katechezę przerywaliśmy jej opowieściami o sobie i jej rodzinie. Miała przy sobie kilka zdjęć, które podobnie jak kryształ przerobiony na wisiorek, znalazła porzucone wśród zapomnianych rodzinnych staroci.
- To jest mój tata – powiedziała pokazując mi zdjęcie, na którym jej, wtedy jeszcze bardzo młoda mama, ubrana w bikini, stoi przytulona do wysokiego mężczyzny, a właściwie młodzieńca o ciemnych włosach. - Mamusię chyba ksiądz rozpoznał? To zdjęcie zrobił im dziadek w czasie rejsu po Morzu Egejskim. O, tu jest nawet opisane miejsce i dokładna data – odwróciła fotografię i przeczytała - „Orfeusz”, to jacht, na którym wtedy płynęli.
- I co się z twoim ojcem dzieje? - zapytałem i wziąłem od niej zdjęcie, żeby się mu lepiej przypatrzeć.
- Niedługo potem zginął. Nigdy go więc nie widziałam. Mam tylko tę jedyną po nim pamiątkę – posmutniała. - Był wtedy studentem. Chyba studiował w Atenach. A w czasie wolnym i na wakacjach dorabiał wynajmując się jako sternik na jachtach dla turystów. Był nim w każdym razie na „Orfeuszu” i tam poznał mamę i się w niej zakochał. I potem się urodziłam – dodała, jakby to było takie oczywiste.
- Szkoda, że zginął – zasępiłem się, ale nie chciałem drążyć już tematu, jednak Ania sama go podjęła.
- Wierzę, że się z nim niedługo spotkam – powiedziała cichutko. - Mamusia mi mówiła, że kilka dni potem, jak zrobili sobie to zdjęcie, zawinęli na Santorini. Wyspa w czasach antycznych nazywana była Kalliste, czyli najpiękniejsza, jak napisano w przewodnikach turystycznych. I że to wyspa ognia i miłości. Właściwie Santorini jest grupą wysp, małym archipelagiem, ale kiedyś właśnie miała być ona legendarną Atlantydą, na którą zagładę sprowadzili żyjący tam wtedy magowie i czarownicy – dodała, ale po chwili milczenia wróciła do przerwanego wątku o ojcu. - Tatuś zaraz pierwszej nocy jaka zapadła nad Santorini wypłynął łódką na morze i przepadł. Rano wszczęto poszukiwania, ale znaleźli ją wywróconą do góry dnem. Po tatusiu nie było nawet śladu – dodała. - Czasami marzyłam, że go ktoś jednak uratował, może delfiny albo jakaś nimfa go uchroniła od śmierci. Ciągle zresztą wierzę, że gdzieś tam jest, doświadczając szczęścia i słodyczy, jak Odyseusz z Kalipso, której uroda i dobroć dorównują mamusi... i nic o mnie nie wie... - westchnęła.
Po dyżurze wpadłem Na chwilę do szatni po strój do biegania, który przepocony trzeba było po każdym bieganiu wyprać i dopiero potem wróciłem do swojego pokoju, w którym zastałem niebywały bałagan, a teczka przeora i jej zawartość były porozrzucane w całym pokoju, jakby jakiś huragan tu przed chwilą szalał. Zaskoczony i zdumiony stałem w drzwiach nie wiedząc co mam z tym fantem zrobić. Ktoś to musiał celowo zrobić, wszedł w mój intymny obszar, włamał się weń nieproszony i buszował w moich osobistych rzeczach. Innej przyczyny nie widziałem i poczułem się tym upokorzony. Pomyślałem po chwili, że może zostawił jakieś ślady, po których mógłbym tego intruza rozpoznać. Okno było zamknięte, a więc mógł wejść i wyjść tylko drzwiami, w których stałem. Odłożyłem przed progiem rzeczy, które miałem w rękach i powoli wszedłem do wnętrza i niczego nie dotykając zacząłem systematyczne oględziny miejsca przestępstwa. Nigdzie nie zauważyłem wyraźnych śladów po obcym i raczej też nic stąd nie zabrano. Najwidoczniej komuś tylko zależało na zrobieniu tu bałaganu. To był jedyny objaw myszkowania złoczyńcy, ale całkowicie nieczytelny dla mnie, przynajmniej w tym momencie. Musiałem przywrócić porządek i ten bałagan posprzątać, lecz uznałem, że wpierw trzeba go dokładnie zinwentaryzować. Jeden z braci zakonnych miał aparat fotograficzny i mi go bez pytania o powody pożyczył, dzięki czemu wszystko, z każdej dogodniejszej strony, dokładnie mogłem sfotografować, by móc potem przegrać zdjęcia na własnego laptopa. W ten sposób mogłem dalej kontynuować śledztwo w normalnych warunkach, to jest w jakich tu zawsze mieszkałem.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Reklama






Wysłany: Nie Sty 03, 2016 13:51    Temat postu:

Powrót do góry
Nina2



Dołączył: 08 Lut 2007
Posty: 3189
Skąd: Paris, France

PostWysłany: Pią Lut 12, 2016 16:42    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Nieco przegadane...?
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
dominikdano



Dołączył: 12 Lut 2007
Posty: 690

PostWysłany: Pią Lut 12, 2016 20:02    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Że też znalazłaś czas, żeby to przeczytać Nino, ale dzięki za opinię :)
Dawno się nie udzielałaś na swoim forum. Co słychać?
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
dominikdano



Dołączył: 12 Lut 2007
Posty: 690

PostWysłany: Sob Sie 17, 2019 14:05    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Zebranie i poskładanie wszystkiego zajęło mi prawie godzinę. Każdy element musiał znaleźć się dokładnie tam gdzie był dotychczas. Żaden też nie był uszkodzony, a przynajmniej bardziej niż dotąd. To wydawało się dziwne, bo papiery były już leciwe i przez to znacznie wrażliwsze na wszelkie gwałtowne obchodzenie się z nimi. Potem przegrałem zdjęcia do laptopa i zacząłem je kolejno oglądać. Bez większego sukcesu, bez jakiejkolwiek wskazówki o włamywaczu, sprawcy tego bałaganu mimo że kilkakrotnie przeglądał je kolejno i wyrywkowo. Nie pozostało nic innego jak zamknąć dochodzenie i zamknąć laptopa i właśnie zamierzałem to zrobić gdy na jednym ze zdjęć, z boku kadru, zauważyłem coś jakby aurę czy poświatę, przypominającą postać wskazującą palcem na jeden z elementów. Pomyślałem, że to jakieś przewidzenia, że przemęczyłem oczy od wpatrywania się w monitor. Podszedłem do okna i przez dłuższą chwilę obserwowałem dalszy plan, co zazwyczaj pomaga w takich przypadkach. Potem znów zasiadłem do laptopa. Wzrok mnie nie mamił. Na zdjęciu była postać wskazująca na jakiś dokument. Zrobiłem powiększenie, żeby go rozpoznać. Niestety rozdzielczość była zbyt mała i pojawiały się jakieś kanciaste plamy. Także kształtem kartka niczym się nie wyróżniała od reszty. Przejrzałem zdjęcia w aparacie i znalazłem właściwe, które ponownie przegrałem tym razem już z maksymalną rozdzielczością. Teraz też mogłem rozpoznać dokument, ale też widać było nieco wyraźniej mglistą postać nań wskazującą. Przypominała zmarłego niedawno ojca Jakuba, którego ducha ongiś spotkałem w lesie. W tym samym momencie przeszły mnie dreszcze i poczułem jak włosy stają mi dęba nie tylko na głowie. Po chwili opanowałem napięcie i otworzyłem teczkę, a następnie odszukałem dokument, który wskazywał palcem ojciec Jakub, a właściwie jego duch. Nie będę się tu rozwlekał nad tym co zawierał, bo nawet nie bardzo wiem jak tę zawartość zrozumiałem. Może zasugerowałem się aż tak bardzo, że odczytałem prawidłowo tę dość pokrętną instrukcję kierującą mnie do jednego z notesów, w którym na ściśle wskazanej stronie doczytałem resztę. Zgodnie z tymi poleceniami ułożyłem się na podłodze w pozycji przypominającej embrion i zacząłem oddychać według podanych tam wskazówek. Początkowo nic się nie działo, ale w pewnej chwili doświadczyłem obecności jakiejś nadludzkiej potęgi, usłyszałem gromki syk i olbrzymi wąż wpełzł we mnie przez, wstyd wyznać, ale odbyt. Poczułem fizyczny ból związany z tym wszystkim i wtedy zemdlałem. Ocknąłem się dopiero po niemal godzinie, ale jakiś otumaniony, na pół obecny sam w sobie. Zanim doszedłem do wcześniejszego stanu minęło drugie tyle czasu. Właściwie to ciągle byłem w lekko zmienionym stanie, ale na czym ta zmiana polegała nie potrafiłbym powiedzieć.
Poszedłem potem na oddział, do Ani. Ale cóż można tu jeszcze zrobić? Jej stan zdrowia pogarszał się każdego dnia coraz bardziej. W końcu doszedłem do finału opowiadania jej historii biblijnych. Żeby stłumić przepełniający mnie żal, biegałem każdego ranka intensywniej i dłużej niż dotąd, nawet jeśli pogoda była na to niezbyt dobra. Była to również niejako moja praktyka duchowa, bo jak kiedyś mówił o tym mój sensej aikido - tylko ruch i oddech zharmonizowane w jedno i nic nadto. Na tym miałem się skupić i koncentrować. Nikogo też nie spotykałem w czasie tego biegania. Ni żywi ni też zmarli się nie jakoś pojawiali coraz bardziej przekonując mnie o nieprawdziwości wizji ducha ojca Jakuba w lesie pod figurą Chrystusa.
Minęło znów kilka kolejnych dni, wszystko wskazywało, że ostatnich w jej życiu, czego Ania była bardzo świadoma. Dla mnie dni te należały do szczególnie bolesnych, bo już przywiązałem się do swej małej pacjentki.
- Czy mógłby mnie ksiądz ochrzcić? - zapytała. - Rozmawiałam z mamą o tym. Ona nie widzi z tym problemów. Dziadek się trochę na ten pomysł krzywi, ale też się zgodzi.
- Myślę, że nikt nie musi się na to zgadzać jeśli człowiek sam podejmuje taką decyzję – odpowiedziałem i dodałem – ale dobrze jest mieć akceptację bliskich. Oczywiście, że mogę cię ochrzcić nawet zaraz.
- Wolałabym, żeby wtedy była ze mną mama.
- Oczywiście – przytaknąłem.
Tego samego wieczoru Abba Jan ochrzcił Anię. Byłem jej ojcem chrzestnym, a matką chrzestną została Helenka, która podobnie jak ja była w nowicjacie i akurat przyjechała w jakiejś sprawie do naszego hospicjum. Po czym wróciła do swego domu zakonnego. Spodziewaliśmy się, że najbliższa noc będzie kryzysowa i Ania może już nie dożyć kolejnego ranka. Byłem też pewny, że tej nocy nie zmrużę oka i zamiast do swojego pokoju, to udałem się na czuwanie do naszej krypty, jak nazywaliśmy znajdujące się w podziemnej części mroczne, bo pozbawione okien i żarówek, a tylko oświetlone migotliwym płomieniem gromnicy, pomieszczenie, w którym można się było jednak dobrze wyciszyć i pomodlić przed . Jedynym jej wyposażeniem była prosta ława bez oparcia, równie prosty drewnianym krucyfiks wiszący na ścianie na solidnym haku oraz świecznik z wyżej wspomnianą gromnicą. Właśnie klęczałem na kamiennej posadzce odmawiając modlitwy za dziewczynkę i jej bliskich, gdy usłyszałem skrzypnięcie otwieranych i ponownie zamykanych drzwi, potem zaś delikatnie stawianych kroków.
- Szukałam cię w hospicjum, nie masz nic przeciwko temu, bym zwracała się mniej oficjalnie, skoro zostałeś ojcem chrzestnym mojej córeczki? – usłyszałem szept.
Była to mama Ani.
- Oczywiście, mówmy sobie po imieniu. Dla przyjaciół jestem Lucek – odparłem też szeptem.
- Ewa – wyszeptała nachylając się do mojego ucha. - W końcu znalazłam tu ciebie, gdzie powinnam też i sama być. Nie będę ci przeszkadzać? - zapytała.
- Nie, skąd – odparłem też szeptem nie wstając z klęczek. - Możemy się tu wspólnie modlić za duszę Ani, która po chrzcie jest w porównaniu z nami naprawdę święta.
Usiadła na ławie, która cicho skrzypnęła, a potem znów zapanowała cisza. Modliliśmy się w zupełnym milczeniu, bez słów. Słyszałem tylko swój głęboki i jej nieco szybszy oddech. Po chwili uznałem, że jednak powinienem dać świadectwo wiary, zamknąłem oczy i zacząłem półgłosem mamrotać modlitwy wstawiennicze, prosząc Boga o uzdrowienie chorej i o łaskę dla jej bliskich. Modlitwa stawała się coraz gwałtowniejsza i żarliwsza.
- Boże – błagałem – nie zabieraj jej ze świta. Weź raczej mnie, pragnę ofiarować siebie, dać swoje życie za życie Ani. Proszę przyjmij tę ofiarę od niegodnego swego sługi, Ojcze w Niebie - nalegałem.
W pewnym momencie poczułem na ramieniu uścisk małej dłoni Ewy, która też już klęczała przy mnie i drżąca szeptała, ale nie rozumiałem słów. Nie wiem jak długo to trwało, kiedy niespodzianie poczułem jakąś nienaturalną lekkość. Jakbym wypłynął z siebie. To było jakby umieranie. Zobaczyłem siebie i Ewę z góry, leżących teraz bezwładnie na podłodze, wydało się, że jakby nieprzytomnych. Nie zrobiło to jednakże na mnie wrażenia, nie odczuwałem w tym momencie najmniejszych emocji, jakbym potrafił jedynie rejestrować stany i zdarzenia, całkowicie na wszystko zobojętniały, a nawet martwy. W końcu prosiłem Boga o śmierć i widocznie mnie wysłuchał, po czym wpadłem jakby w wirujący tunel, który wessał mnie niespodziewanie i przeniósł w zupełnie inne miejsce. Pomyślałem wtedy, że to sen, ale mimo podjętych prób nie potrafiłem się obudzić. Zrazu otaczała mnie gęsta mgła, która dopiero po chwili się rozpłynęła. Nade mną była oślepiająca jasność, a pode mną jej odblaskami mieniło się błękitne morze. Zawisłem nad nim wysoko, lecz niedługo tak trwałem, bo oto znów gwałtownie przyspieszyłem. Spadałem teraz ukośnie zbliżając się do powierzchni falującego lazuru. Miałem wrażenie, że za chwilę się w nim zapadnę albo roztrzaskam na powierzchni. Nic takiego jakoś nie zaszło, bo wyrównałem lot i nie zwalniając ani na moment, pędziłem poziomo nad tonią, trochę tylko, jakby jakimiś podmuchami, rozkołysany. Gnałem tak nieokreślonym kierunku, nie znając powodu i celu. Morze pode mną było zupełnie opustoszałe, ani śladu czegokolwiek na powierzchni, tylko pasma piany na falach ujawniały jego potężną naturę. Kłębiło się i falowało tworząc na powierzchni abstrakcyjne pieniste wzory. W końcu na horyzoncie dostrzegłem ląd, a dotąd bezludne morze zaroiło się od rozmaitych łodzi, statków, jachtów i żaglówek, płynących w różnych kierunkach wśród szybujących wokół nich srebrzystych mew, z którymi teraz odczuwałem silną więź. Szybowałem jak one, czasem lądując na morskich falach, a czasem na statkach, na pokładach marynarzy i odpoczywających w cieniu parasoli pasażerów i turystów. Łatwo ich było odróżnić. Przelatując na jednym z jachtów zauważyłem jakby skądś znajome postacie.
Była to Ewa, mama Ani, ale młodsza, taka właśnie jaką widziałem na zdjęciu. Rozmawiała z tym samym młodzieńcem, którego Ania uważała za swego ojca. Spokojnie i z wprawą sterował jachtem, rozmawiając równocześnie z dziewczyną, która go uroczo kokietowała. Z ich zachowania widać było, że znają się już dłużej i bardzo się też lubią. Obniżyłem lot i możliwie lekko wylądowałem na jachcie, a następnie z ostrożnością przemieściłem się bliżej nich, ale zupełnie mnie ignorowali. Kamuflarz więc był doskonały. Wokół krążyło i lądowało na falach wiele innych mew.
- To gdzie dziś pożeglujemy, Niko? - zapytała z uśmiechem. - Filip proponował wczoraj by zwinąć na jakąś tajemniczą wyspę. Podobno do dziś zamieszkałą przez mityczne istoty. Znasz to miejsce?
- Chodzi chyba o Santorini, ale w Grecji na każdej wyspie mieszkali i ciągle zresztą mieszkają mityczne istoty - zaśmiał się. - To może o jakiejś innej mówił. Nazwa Santorini jest dość świeżej daty. Pochodzi od Świętej Ireny, czyli Saint Irene., która jest chrześcijańską patronką wyspy. Ale jest także legenda, że wcześniej zamieszkiwały tę wyspę wampiry zwane vrykolakas. Niektórzy sądzą, że nadal one tam są – dodała robiąc taką miną, jakby sam w to wierzył.
- Ty tak serio? Wierzysz w takie gusła, Niko?
W odpowiedzi roześmiał się, co świadczyło, że jednak żartował.
- Ale mnie nabrałeś. Prawdziwy z ciebie komediant - Ewa zaśmiała się również.
W tym momencie na pokład wyszło dwóch eleganckich mężczyzn. W jednym z nich rozpoznałem ojca dziewczyny.
-… taki jest pomysł na najbliższe dni – mówił ten drugi. - Niko! - zawołał do sternika. - Płyniemy na północ, kurs na Santorini. Chciałbym przed zmierzchem dopłynąć do zatoki i jeśli nie znajdziemy przystani to stanąć gdzieś bezpiecznie na redzie. Jeśli wiatr nie dopisze, to popłyniemy tam na silniku. Do przybycia jest stąd jakieś czterdzieści mil, a więc przy obecnych około dziesięciu węzłach, za cztery godziny będziemy w porcie. Czy się nie mylę? - zwrócił się do Niko, który skinieniem głowy przytaknął.
- Może dożeglujemy tam jednak bez spalin – odparł i obrócił ster, co nieco tylko przechyliło jacht, bo zefirek był rzeczywiście anemiczny.
- Mam na wyspie dobrych znajomych – zwrócił się mężczyzna do ojca Ewy – którzy z otwartymi ramionami nas przyjmą – rozpostarł ramiona pokazując jak są gościnni i uśmiechnął się szeroko.
Dostrzegł mnie na pokładzie i jakby na mgnienie oka przemknął przez jego twarz cień. To jednak wystarczyło by mnie spłoszyć i prędko wzbiłem się w powietrze. Skąd we mnie aż taka bojaźń się brała, żebym spanikował pod wpływem spojrzenia? Okrążyłem jacht kilka razy i spróbowałem ponownie dyskretnie na nim przycupnąć. Jednak znów mnie dostrzegł.
- Trzeba przeganiać stąd mewy – powiedział ostro – bo pozostawiają odchody i robactwo – dodał ze wstrętem, po czym sięgnął po bosak i wymierzył we mnie szybki cios, którego cudem uniknąłem.
Ewa krzyknęła, wyraźnie chciała zaprotestować, a ja momentalnie się ponownie w powietrze i porzuciłem myśli o kolejnej próbie lądowania na jachcie.
W umyśle co i raz pojawiała się świadomość, że śnię sen, z którego w końcu się jakoś przebudzę. Był niezwykle realny i choć nie wpływałem, jak mi się zdawało, na jego treść, to zachowywałem umiejętność analizowania sytuacji i kierowania sobą, czyli obecną swoją postacią. Przypomniałem też sobie opowieści o magach i joginach, którzy potrafili wchodzić w ciała zwierząt i ludzi, i pomyślałem, że czegoś podobnego waśnie doświadczam w tym śnie.
Krążyłem w znacznej odległości a gdy się zmęczyłem to osiadałem na falach. Jednak ciągle towarzyszyłem im w tym rejsie. Żałowałem tego, że już nie słyszałem o czym tam ze sobą rozmawiają. W końcu wpłynęli do zatoczki jednej z mniejszych wysepek i przycumowali do pływającego pomostu z ruchomym trapem łączącym go z nadbrzeżem. Nad tym miejscem krążyło kilka innych mew, które co jakiś czas przysiadały na brzegu, pomoście i na łodziach oraz jachtach. Mogłem więc podlecieć dość blisko by czuć się bezpiecznie i by jednak dosłyszeć rozmowy prowadzone przez Ewę i jej towarzyszy, która była jedyną wśród nich kobietą. Nie miałem też szczególnych oporów by ich podsłuchiwać. Skoro jest to sen to uznałem, że do przeżycia w całym jego bogactwie i zupełności.
- Wysepka nazywa się Thirasia. Więcej tu turystów niż mieszkańców. Mój znajomy posiada tu własną jaskinię. To powszechna tu rodzaj zabudowy mieszkalnej i nie tylko wyrzeźbionej w skałach wulkanicznych. Łatwo ją drążyć i w ten sposób zapewnić również chłód we wnętrzach. Niektóre są dość duże, tak jak ten, do którego idziemy. – i dodał z zadowoloną miną – Jak go znam, to będziemy się tam dziś dobrze bawić. Musimy się nastawić na zabawę z licznymi niespodziankami.
Ta wypowiedź wywołała we mnie silny niepokój. Z jakiegoś względu nie przepadałem za tym człowiekiem i mu nie ufałem. Miałem nadzieję, że docelowe miejsce jest zlokalizowane blisko wybrzeża. Mewy raczej trzymają się bliżej morza. Czwórka żeglarzy szła wpierw wzdłuż nadbrzeża przystani a następnie serpentynową ścieżką prowadzącą na brzeg urwiska. Wyprzedzani i wymijani przez turystów dosiadających osiołki przeszli pnąc się do góry jakiś kilometr z hakiem zanim weszli do budynku przekrytego typowymi na tej wyspie kolebkowymi stropodachami.
Przez dłuższy czas krążyłem nad wyspą zapamiętując przy tym dokładne rozlokowanie budynków, dojść, łodzi i jachtów. Miałem w głowie dokładną mapę calego terenu. Widocznie dla mew jest to łatwe do zapamiętania. Zniżyłem lot i obserwowałem szczegóły zabudowań, w których zniknęli. Mewy nie są jednak zwierzętami domowymi i moje przeniknięcie do wnętrza zdawało się niemożliwe. Ale przypomniałem sobie, że to jest tylko sen, a we śnie wszelkie niemożliwe jest normalnością. Nadal jednak lustrowałem teren z góry, szukając łatwego i możliwie bezpiecznego dostępu do wnętrza oraz zdatnego do szybkiej ewakuacji. Do ogrodzonego śnieżnobiałym murem równie śnieżnobiałego domu z ubitym tufowym placem gdzieniegdzie upstrzonym jakimiś zżółkłymi porostami i trawami, miejscami z kępami zieleńszych nieco krzaków wyrastających z niecek wydrążonych w skale i wypełnionych żyźniejszą glebą, schodziło się od strony głównej drogi po szerokich stopniach, gdzie był mały podest i wejście na górny poziom domu. Z boku podestu, można było po znacznie bardziej stromych schodach, ściśle przylegających do ogrodzenia i ściany budynku, zejść na plac tego niby to ogrodu. Ogrodzenie posesji przylegające do skarpy nad zatoką miało wąskie przejście z ażurową drewnianą furtką i chyba niedomkniętą, znacznie skracające dojście do portu, wychodzące wprost na stromą serpentynową ścieżkę, na którą schodziło się stamtąd po kilkunastu wysokich niezbyt równych stopniach wydrążonych w zboczu. Nie były zbyt wygodne, ale dla fizycznie sprawnego człowieka jednak dość łatwe do pokonania. Do samego budynku dostać się można było jedynie otwartymi drzwiami i oknami i niezasłoniętymi okiennicami. Takich otworów zdatnych do wejścia było kilka. Nie byłem ciągle zdecydowany którego użyć.
Przysiadłem na murze ogrodzenia i znieruchomiałem, co sprawiło, że przestałem nieco widzieć, a tylko to się samo poruszało. Mewy mają bardzo wyczulone zmysły. Widzą też więcej, dokładniej i bardziej kolorowo niż ludzie. Także w nocy widzą lepiej, ale tylko wtedy gdy zachodzi jakiś ruch, czy gdy same się ruszają, to wówczas widzą wszystko, lub kiedy coś się porusza w polu widzenia, to się wówczas wyraźniej odcina od rozmytego tła.
Wyspę zamieszkują także psy, koty, czy żmije i nie tylko ludzi musiałem się strzec. Nieruchomiejąc lokalizowałem zjawiska ruchu i interpretowałem czym są. Ludzie poruszali się we wnętrzach budynku. Kotów i psów nie stwierdziłem, ani też żmij, choć te ostatnie potrafią długo trwać w bezruchu i w ten sposób też często polują, rzucając się gwałtownie na nieostrożną ofiarę, która podejdzie dość blisko. W tym momencie poczułem głód. Sen snem, ale coś by się przekąsiło przecież. Brałem dwie możliwości pod uwagą. Znaleźć coś zdatnego tu na miejscu, pod jakimś śmietnikiem, albo polecieć na plażę i rozejrzeć się za czymś świeższym i zdrowszym. Po namyśle wybrałem to drugie, zakładając bez większego ryzyka, że w tym okresie śledzeni przeze mnie ludzie nigdzie się stąd nie oddalą, a nieodległy już zmierzch znacznie lepiej mnie zamaskuje, gdy będę próbował się do nich jakoś zbliżyć. Poza tym dla mewy odległość stąd do morze to po prostu pikuś. Nawet nie minuta lotu. Rzeczywiście na plaży znalazłem właściwe mewom pożywienie i szybko zaspokoiłem głód. Po czym postanowiłem doczekać gdzieś do zachodu słońca, z dala od ludzi i zdrzemnąć się nieco. Byłem już bardzo zmęczony. Wybrałem dobre miejsce, bo dość blisko drogi wiodącej na górę. Była to mała łódka przycumowana dość długą liną do jakiegoś pomostu. Na jej dnie leżały tylko wiosła. Każda próba przyciągnięcia łodzi do brzegu byłaby przeze mnie w porę zauważona, a i z uwagi na głębokość morza w tym miejscu trudno byłoby mnie podejść w sposób niezauważony. A nawet podpłynąć pod wodą, bo usłyszałbym też nurka.
Żeby to człowiek posiadał tak czułe zmysły, eh...
Przysiadłem na rufie i zwyczajem mewim odwróciłem głowę i oparłem ją na plecach nad skrzydłem. Na wszelki jednak wypadek jedno moje oko było niedomknięte i sennie obserwowało otoczenie. Wystarczająco jednak by w razie czego zaalarmować umysł.
Zmrok zapadł szybko. Niebo było bezchmurne. Zanim jeszcze Słońce zaszło na nieboskłonie pojawił się srebrzyście jaśniejący dysk Księżyca w pełni, a po chwili rozmigotały się gwiazdy. Coraz bardziej i bardziej jaśniały. Przepiękny prolog nadchodzącej nocy. Poddałem się urokliwej chwili i chyba na krótko przysnąłem, tak byłem znużony. Mimo nocy rozgwieżdżone bezchmurne niebo z Księżycem w pełni odbijającym się w toni morskiej sprawiało, że było dość widno. Drobne fale z szumem uderzały o brzeg. Jenak z oczywistych względów całego widowiska nie mogłem dłużej kontemplować. Być może zbliżała się już północ. Jednak tutaj bardzo późny wieczór to pora uczt, przyjęć i balang. Taki południowy klimat. Rozpostarłem skrzydła zagarniając lekkie podmuchy wiatru i wzbiłem się w powietrze. Po chwili usiadłem na znajomym ogrodzeniu.
Wybrałem okno, które wydawało mi się dość bezpieczne i już zamierzałem tam polecieć, gdy w oddalonym po drugiej stronie ogrodu zacienionym narożniku spostrzegłem jakieś poruszenie. Wpierw usłyszałem jakby cichy rumor usypujących się kamieni i zaraz potem zobaczyłem, że coś wydostawało się spod gruntu. Była to jakaś ciemna postać przypominająca schylonego w pół człowieka. Takie samo zajście powtórzyło się jeszcze dwukrotnie i po chwili trzy te postacie zniknęły wewnątrz budynku. Odczekałem kilka minut i przeleciałem dzielących mnie kilka metrów od okna które wcześniej upatrzyłem. Po czym jak najciszej usiadłem na jego parapecie. Pomieszczenie oświetlała tylko lampa zwisająca z sufitu. Po wyposażeniu i meblach rozpoznałem, że to kuchnia. Nie dostrzegłem żadnej żywej istoty, a tylko słyszałem odgłosy dochodzące skądś z głębi domu. Sfrunąłem na podłogę tuż przy oknie i cicho podszedłem do drzwi, za którymi był korytarz. Po chwili zapuściłem się dalej, w stronę skąd dochodziły rozmowy i przycupnąłem w kącie, za jakąś drewnianą skrzynią, a może był to raczej kufer. Kryjówka nie byłą idealna, ale nadawała się do podsłuchiwania. Z docierającej do moich uszu kakofonii wydobywałem strzępy rozmów, próbując dopasować je do osób, które już wcześniej słyszałem. Nie było to jednak łatwe.
- … niedawno owdowiał, nadal nosi w sercu żałobę i bardzo trudno mi było go namówić na ten rejs. Ewie się powiodło lepiej, bo jakoś nakłoniła Tadeusza. On kocha ją tak samo silnie jak kochał jej matkę, której także we wszystkim ulegał. Córka ją bardzo przypomina i z urody i z charakteru. Jest niemalże jej wierną kopią i zdaje się, że ma tak samo wielki wpływ na niego. Zresztą też go bardzo kocha i jest dla niego równie opiekuńcza jak on dla niej. Oboje są do siebie bardzo przywiązani.
- Hmmm.. szkoda, że teraz się o tym dowiedziałem… - głos był dla mnie nowy, zapewne gospodarza - … zaplanowałem, a właściwie zaplanowaliśmy trochę szaleństw, które niezbyt harmonizują z żałobą… trudno to będzie teraz odkręcić, ale no cóż… trzeba będzie zaimprowizować.
- Jaki był ten twój plan? Może da się go jednak wdrożyć?
- Jak widzisz zaprosiłem kilku przyjaciół, można powiedzieć też artystów, którzy przygotowali jakieś niespodzianki. Nie wprowadzili mnie jednak w szczegóły. Wiem tylko, że coś z dawien dawnych czasów. Przynieśli ze sobą jakieś specjalne stroje i inne artefakty. Jak myślę imprezka będzie antyczna, a więc przebierana. Zaopatrzenie odpowiednie też jest...
- To w takim razie niech się dzieje wola niebios – mówił to chyba człowiek, który przegonił mnie z jachtu. - Ale może dałoby się jakoś wstępnie to towarzystwo rozbawić.
- Mamy bardzo dobre greckie wino. Rozbawia skutecznie i to jak widzisz od dłuższego już czasu, he he he...
- Można by je czymś ewentualnie wzmocnić… z prądzikiem na przykład – zasugerował człowiek, który nie lubił mew. - u nas tak czasem wzmacniamy napitki… – i zanucił cicho ,jakby tylko dla siebie - na...pitki ech... na...pitki, herbaciane pola lalala...
- Okej, zobaczę co się da zrobić – odparł osobnik, którego wcześniej uznałem za gospodarza – muszę porozmawiać z mistrzynią ceremonii. Jest na dole w grocie.
Ta informacja mnie podcięła, a właściwie podcięła mi skrzydła. Cała impreza będzie jeszcze głębiej przeniesiona. Jak ja się tam dostanę i czy uda mi się stamtąd jakoś niezauważenie wyjść? Wycofałem się z powrotem do kuchni i jak najciszej wyleciałem na zewnątrz. Może ta grota ma jakieś okno albo inne wejście? Oględziny zabudowań przeprowadzałem z pewnej odległości idąc kroczek za kroczkiem po ogrodzeniu. W pewnym momencie dostrzegłem odblask wydobywający niemalże spod budynku, ledwo co odróżnialny od poświaty księżyca. Podleciałem ostrożnie do tego miejsca. Lśnienie wysączało się zza niedomkniętej okiennicy. Przyłożyłem oko do szparki i zobaczyłem jak płomienie świec i lamp światłocieniem migotliwie rzeźbią wnętrze groty. Zgadywałem chyba słusznie, że o tej grocie mówił gospodarz. Krzątało się tu kilka osób, doliczyłem się siedmiu. Rozkładali różne rzeczy i sprzęty. Dekorowali ściany jaskini jakimiś kotarami, a może skórami zwierząt. Okno było otwierane do środka. Domyśliłem się, że jest to też jedyna wentylacja pomieszczenia, a ogień w takiej ilości żeby płonął wymaga też odpowiedniego dopływu tlenu. Spróbowałem nieco poszerzyć szparę w okiennicy. Po kilku próbach udało się ją zwiększyć tak, że mogłem nawet przecisnąć się do środka. Ale na razie na to się nie zanosiło, a czas wolno biegł ku północy. W pewnym momencie usłyszałem odległe dźwięki dzwonów. Możliwe, że to na jakimś jachcie ktoś dzwonkiem okrętowym odmierzał godziny wachty i jakby to był sygnał by towarzystwo przeniosło się z górnych pomieszczeń do groty. Wchodzili chwiejnym, niezbyt pewnym krokiem. Wszyscy, z wyjątkiem kilku osób, byli poprzebierani w kuse białe chitony z przejrzystego materiału. Dwóch mężczyzn było dodatkowo odzianych w skóry tygrysów, lub coś je przypominające. W ręka trzymali tyrysy, czyli laski Dionizosa. Na twarzach mieli maski w formie czarnych kozlich głów, które przyozdabiały wieńce z winnej latorości nawinięte na długie rogi. Dwie kobiety nie miały na sobie żadnych szat poza owczą skórą na ramionach i wiankami z kwiatów na głowie. W dłoniach również trzymały tyrysy i chyba były to kapłanki. Trzecia postać miała najbogatrzy ubiór, długą do ziemi suknię uszytą jaby z lścniący wężowych skór, która opinała jej bardzo smukłe w talii ciało, ale nie okrywała je całe, bowiem obie jej jędrne piersi były całkiem obnażone. W dłoniach trzymała żywe wijące się węże. Głowę ozdabiał kapelusz z figurką siedzącego na wierzchu kota. Był jak żywy, aż mnie dreszcze przeszły. Nie sądziłem nigdy, że we śnie miewa się też dreszcze.
Dostrzegłem Ewę którą dwóch panów prowadziło pod ręce. Był to jej ojciec i człowiek, który nie lubił mew. Wszyscy troje, podobnie jak pozostali, byli mocno wstawieni. Ułożyli Ewę na łożu i podali jej srebrny róg, po czym napełnili go winem. Stanęli opodal i rozmawiali co chwilę wybuchając śmiechem. Byli wyluzowani i dobrze się bawili.
Z kolei dwie kobiety w podobny sposób asekurowały półprzytomnego Niko. Zaprowadziły go w kąt pokoju i posadziły między sobą na sofie. Jemu też podano kielich, który z zadowoleniem przechylił. Gwar był zbyt duży bym mógł dosłyszeć ich rozmowy. Całe towarzystwo było już dobrze na rauszu z wyjątkiem galantniej przebranych wodzirejów, pijących też z większym umiarem. Także byli lekko oszołomieni, ale być może czymś innym się do tego stanu doprowadzili, bo poruszali się zwinniej od reszty, pewnie stali na nogach, gestykulowali też z gracją i z dostojeństwem, jakby występowali na scenie teatru. Coś też deklamowali, ale w jakimś zupełnie niezrozumiałym już języku, jakby jakieś modły to były. Kobieta w lśniącej sukni je inicjowała, a pozostała czwórka za moment w podobny sposób odpowiadała chórem. Osobliwa to jakaś była liturgia. W pewnym momencie półnaga wodzirejka, a może bardziej kapłanka, krzyknęła straszliwym głosem, co spowodowało, że wszyscy natychmiast umilkli i skupili cała swą uwagę na niej i centralnym miejscu sali.
- Oto jest twoja zmartwychwstała żona, z którą poczniesz dziecko na zawsze nam przeznaczone – zwróciła się do ojca Ewy wskazując na nią. - Zdejmijcie z niego szatę - rozkazała asystującym jej kobietom, a mężczyznom klęczącym z obu stron łoża poleciła – obnażcie też dziewicę i rozchylcie tak, by mógł ją pokryć.
Nikt się nawet nie poruszył, łącznie ze mną, gdy jej pomocnicy posłusznie wykonywali rozkazy. Mężczyźni z koźlimi maskami w tygrysich skórach, którzy już wcześniej odłożyli swoje laski na podłogę, kładąc je symetrycznie równolegle do łoża, ozdobnymi głowniami w tę samą stronę, ku kapłance przewodzącej ceremonii. Następnie rozchylili poły tygrysich skór spod których spomiędzy ich bioder poziomo wystawały wielkie fallusy, jakich nie powstydziłby się nawet Priapus, u nasady prawie czarne, zakończone jakby smoczym, błękitno purpurowym łbem, przypominające kształtem i wielkością gotyckie kamienne gargulce. Coś tak ohydnego, że trudno to opisać. Mocno chwycili za nogi dziewczyny rozchylając je szeroko i oparli na tych sterczących sztywno wspornikach, żeby nie mogła nimi swobodnie poruszać. To ją jakby wybudziło i poderwała się z posłania, ale dwie kapłanki w owczych skórach, które w tym momencie klęczały już przy wezgłowiu przycisnęły ją z powrotem do łoża. Jedna z nich szybko przysunęła róg do jej ust rozlewając zawartość na brodę i szyję. Jednak chyba dość dużą porcję wypiła, bo po małej chwili przestała gwałtownie reagować.
- Ania, moja kochana Aniulka, jak ja tęskniłem za tobą ukochana ma... – mamrotał ojciec Ewy.
Zapewne pod wpływem jakichś środków odurzających, którymi go odurzano, był przeświadczony, że leżąca dziewczyna jest jego zmarłą żoną, a nie córką. Ukląkł przed łóżkiem, ale żadne poruszenie jego ciała nie wskazywało, że będzie chciał się zbliżyć do Ewy. Tylko z rozpromienioną twarzą patrzył na nią. Kapłanki zrzuciły z siebie owcze przebranie i zbliżyły się do niego. Zaczęły go pieścić i całować, co w końcu mogło doprowadzić do rozbudzenia w nim szkodliwego pożądania. Czułem, że muszę coś zrobić, bo nik z obecnych nie reagował na perwersje, której właśnie byli świadkami, a właściwie uczestniczyli w tej orgii. Nie mogłem więc już dalej zwlekać. Wleciałem przez okno do sali i wylądowałem między udami Ewy. Krzycząc najgłośniej jak się dało rozpostarłem skrzydła próbując osłonić przed widokiem jej obnażone łono.
- Leukotea! Bogini Leukotea tu przybyła pod postacią mewy i chce przerwać nasze misteria – krzyczała celebrantka. Po czym chwyciła mnie za szyję i uniosła. W tym samym momencie poczułem ukąszenia żmij, a potem pojawiła się okropny ból. Kapłanka podcięła mi szyję i wtedy z tętnic buchnęła krew wprost na brzuch i uda Ewy. Jednak mnie już tam nie było, bo na wszystko patrzyłem teraz z góry, spod sufitu i jakby to był film puszczony w bardzo zwolnionym tempie. Prawie bezruch. Widziałem to również w innej palecie kolorów, a właściwie bez barw, w odcieniach głębokiej szarości i zdecydowanie mroczniej. Więcej było teraz ciemności niż światła, którego źródłem byli ludzie, a nie palące się świece i lampy. Trudno mi się było zorientować kto jest kim. Zapamiętałem, że w kącie na sofie siedział pijany Niko. Spojrzałem w jego stronę. Świecił, ale dość marnie i migotliwie, jakby umierał. Zbliżyłem się i coś mnie gwałtownie w niego wessało i czas natychmiast przyspieszył. Od razu pojąłem, że dusza z niego prawie ulatuje. Chyba był mocno zatruty, jakimiś narkotykami chyba się tak zaprawił, bo będąc w nim doznawałem silnych zawrotów głowy i czułem potworne mdłości. Nie było też możliwości, żebym z tym zwlekał. Puściłem takiego pawia, jakiego w życiu nie widziałem. Zarzygałem sam siebie z góry na dół, sofę i spory kawałek podłogi. Siedzące przy mnie na sofie dziewczyny odskoczyły histerycznie krzycząc z obrzydzenia. Też chyba je lekko zbryzgałem. Ale poczułem się nieco lepiej po tej fontannie. Mogłem a nawet musiałem zapanować nad ciałem, gdyż Niko nadal był nieprzytomny. Z ogólnej wrzawy wyłowiłem bolesny szloch. To był ojciec Ewy.
- Krwawi, jak krwawi… ratujcie ją… ratujcie moją Aneczkę… ona umiera, umiera! – łkał, a ktoś go uspokajał.
- Opamiętaj się człowieku, nic jej nie jest, to nie jest jej krew, to jest krew ofiarna. Zaraz zmyję ją winem.
Zobaczyłem, że kapłanka przechyla dzban i wylewa wino na Ewę, rzeczywiście zmywając moją, to jest mewy krew.
- Wytrzyjcie ją – rozkazał usługującym kapłankom, które natychmiast porwały jakieś płótna i wytarły ciało Ewy, która ciągle była odurzona i chyba nieświadoma tego co się tu wyprawia.
Ojciec Ewy najwyraźniej osłabł, skulił się na podłodze i zwiotczał. Wyglądało więc, że z planowanej orgii raczej nic już nie wyjdzie, ale sytuacja nadal była fatalna. Musiałem jakoś temu zaradzić, ale tak, żeby mnie znów nie zamordowali. Mnie jak mnie, bo bym się jakoś wykaraskał, czego już doświadczyłem, ale Niko miałby pewnie z czapy.
Boże! Co za sen! Ciągle nie potrafiłem się przebudzić. Musiałem więc wkroczyć do akcji. Uzyskiwałem coraz silniejszą kontrolę nad sobą. Sięgnąłem po jakiś kielich żeby czymkolwiek przepłukać usta. To było wino, które zaraz potem wyplułem z powrotem do naczynia. Zdjąłem z siebie zabrudzone wymiocinami odzienie, co wzbudziło u pozostałych rodzaj aplauzu. Co niektórzy poszli w moje ślady i w ten sposób niejako wpisałem się w tłum. Podszedłem do łoża, na którym nadal w tej samej pozycji leżała Ewa. Chciałem ją jakoś okryć, lecz mężczyźni z koźlimi maskami na głowi i w tygrysich skórach odepchnęli mnie mocnymi uderzeniami w pierś. To wywołało wtrysk testosteronu do krwiobiegu i sprawiło, że mięśnie się naprężyły. Byłem teraz doładowany na maksa i gotowy do walki. Parę głębokich oddechów zrównoważyło napięcie w ciele powodując, że stało się elastyczne i zwinne. Ponownie zbliżyłem się do łoża i gdy przebrani mężczyźni znów próbowali zadać mi ciosy, chwyciłem ich ręce, pociągając ich tak, że kolejno poupadali na plecy. Byli zaskoczeni i zanim się podnieśli dostali po kilka ciosów opóźniających ich ewentualną reakcję. Szybko podniosłem Ewę, która przelewała się prze ręce bezwładnie i taką zarzuciłem sobie na na ramiona, trzymając ją za nogi, a jej ręce i głowa obijały moje plecy gdy wybiegłem z sali. Dobrze się złożyło, że Niko był dość sinym i barczystym marynarzem.
Po chwili byliśmy już na zewnątrz. Zaryzykowałem i zbiegłem
po schodach do ogrodu, szukając furtki prowadzącej na ścieżkę w stronę zatoki. Miałem nadzieję, że pościg ruszy dłuższą trasą, wpierw uliczkami miasta, co dawało mi kilkaset metrów przewagi. Nie było to wiele, bo przecież musiałem nieś Ewę. Furtka szczęśliwie była otwarta. Powoli zszedłem po stopniach skarpy i dopiero na ścieżce zacząłem biec w miarę sił. I rzeczywiście moje przewidywania się sprawdziły. Byliśmy już dość daleko od domu, gdy w blasku Księżyca dostrzegłem na szczycie biegnących za nami. Jednak biegli znacznie szybciej ode mnie. Szybko zrozumiałem, że zanim dotrzemy do brzegu, to nas dościgną. W bardziej zacienionym zakręcie zdjąłem z siebie Ewę i przełożyłem ją przez murowaną balustradę. Szybko przeskoczyłem i ściągnąłem ją z widoku. Przywarłem do ziemi kryjąc się w cieniu. Teraz mogłem uspokoić nieco szalejące tętno. Serce niemal wyskakiwało mi z piersi. Spowolniłem oddech, wymuszając nieco spowolnienie jego bicia. Usłyszałem gwar biegnących, którzy pobiegli dalej w dół ścieżki. Ostrożnie wyjrzałem ponad balustradą, upewniając się czy ktoś wolniejszy nie pozostał w pobliżu. Podniosłem Ewę i umieściłem ją na drugim ramieniu. Już nie biegnąć, a możliwie szybko trawersując zakosami stok schodziłem w dół, w stronę miejsca, w którym spodziewałem się znaleźć łódź, na której kilka godzin wcześniej odpoczywałem. Łatwo trafiłem na dom z przystanią, ale zanim dotarłem do łodzi usłyszałem pościg. Byli bardzo blisko. Musieli nas zauważyć wcześniej. Rzuciłem się do biegu. Dopadłem liny i ciągle mając Ewę na plecach przyciągnąłem łódkę i odwiązałem cumy, po czym bezzwłocznie wskoczyłem na pokład. W tym momencie ścigający byli już przy budynku. Miałem niewiele czasu, żeby położyć Ewę na dnie i podnieść wiosła. Jedno osadziłem w dulkce na burcie, drugim odepchnąłem się od nadbrzeża i włożyłem szybko do drugiej dulki, od razu wiosłując co sił w rękach. Odpłynąłem zaledwie na kilkanaście metrów, gdy stanęli na brzegu krzycząc i wymachując bym natychmiast wracał. Rozejrzałem się wokół, czy czasem nie ma gdzieś innej łodzi, którą mogliby nas ścigać. Nikt też nie skoczył do wody i nie płynął za nami wpław. Ja bym pewnie na ich miejscu tak zrobił. Przypomniało mi się, że wampiry boją się nie tylko światla słonecznego, ale również słona woda im bardzo szkodzi, a że to były miejscowe vrykolakas, nie miałem wątpliwości, bo zapamiętałem, że kilka z nich wpełzło spod ziemi w ogrodzie. Jednak było to już jakby cień wspomnień, jakby wszystko co przeżyłem w ciele mewy tylko mi się przyśniło.
Nie przerywałem ani na moment wiosłowania walcząc również z przypływem, który spychał łódź ku brzegom. W końcu oddaliłem się na wody nieco spokojniejsze. Morze tu falowało w spokojniejszym rytmie, z który zharmonizowałem ruch wioseł, co zmniejszało nieco wysiłek i złagodziło nieco kołysanie. Ewa ciągle była nieprzytomna. Leżała na pokładzie, który w tym miejscu był płaski. To był jedyny komfort jaki zapewniała ta łajba. Nie przerywałem wiosłowania nawet gdy zniknęły światła lądu za horyzontem. Jak długo to trwało nie wiedziałem. Bąble na dłoniach dawno już pękły i krwawiły piekąc niemiłosiernie. Wreszcie i skrajnie zbolałe mięśnie odmówiły posłuszeństwa. Wpuściłem wiosła, a właściwie same mi wypadły z rąk i bezwładnie opadłem na pokład obok dziewczyny, zapadając w sen, czemu sprzyjało monotonne kołysanie łodzi.
W pewnym momencie poczułem poruszenie, które mnie ocuciło. Stawał się dzień, blady brzask rozjaśniał niemal bezchmurne niebo, tak że było już dość widno. Świat wydobywał się z szarości i odzyskiwał barwy. Usłyszałem również męski głos i przestraszyłem się, że gdy oto błogo spałem pościg nas jednak dopadł. Ale nie, nadal byliśmy my sami, Ewa i ja. Jednak właściwie już raczej nie ja, a Niko, który w końcu odzyskał świadomość oraz własne ciało i coś zamamrotał. Ja jedynie stałem się jakby wewnętrznym obserwatorem. Czułem ciągle wszystko cieleśnie, ale nie panowałem już nad niczym. Ewa też oprzytomniała, ale ciągle była w euforii. Nie wytrzeźwiała, a tylko przeciągała się nadal roznamiętniona.
- Kochany, porwałeś mnie stamtąd, broniąc mej cnoty, ha ha ha – jednak pamiętała sporo z tego co się wydarzyło. - Jesteś moim zbawcą, ha ha ha – zaśmiała się znów – musisz więc za to zostać odpowiednio nagrodzony, mój drogi Niko. Spełnię każde twoje pragnienie – mówiąc to znacząco spoglądała mi w oczy. - Och, jakiś ty piękny chłopiec jest.
Przypomniałem sobie, że zerwałem z siebie wszystkie ubrania i widzi mnie takim jakim mnie Pan Bóg stworzył. Chciałem wskoczyć do morza i tam się ukryć. Zamiast tego pochyliłem się nad nią i zbliżyłem swoją twarz do jej twarzy i za moment pocałowałem jej delikatne dziewczęce usta. Objęła mnie za szyję, rozwiewając wszelkie opory gorącymi pocałunkami. Przytuliłem ją i ostrożnie przekręciłem się na plecy. Teraz leżała na mnie. Fale sprawiały, że naciskała na mnie w ich powolnym rytmie. Pomasowałem jej jędrne pośladki zroszone morską bryzą, co zaaprobowała mruczeniem, ani na chwilę nie przerywając pocałunków. Wolno, bardzo wolno, nieśmiało, niemal niezauważalnie, rozchylała uda i po chwili poczułem wypływające stamtąd ciepło. A może mi się tylko tak zdawało, ale to wrażanie było niezwykle realne i jakże błogie, jakże wciągające. Resztkami woli zwalczałem pokusę by się dać w tym żarze stopić, ale Niko nie zwracał na mnie uwagi. Jakby mnie nie zauważał. Tego było już za dużo. To, co za chwilę, za momencik się stanie i czemu z bezsilności nie mogłem zapobiec, przeraziło mnie do szpiku kości. Próbowałem się wyswobodzić, wyrwać, wyszarpać z Nikowego ciała, ale bez powodzenia. Krzyczałem mu do mózgu by się nie poddawał i walczył z diabelskimi pokusami. Niestety nie zareagował na to, jakby w ogóle to do niego nie docierało. Zacząłem się modlić licząc, że modlitwami coś wskóram.
- W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego... Zdrowaś Maryjo… o mój Boże! - modliłem się tak żarliwie jak nigdy wcześniej, czując też wszystko co robię z Ewą i której to się bardzo podobało.
- Och, jakiś ty piękny... jakiś cudowny... – szeptała i jęczała na przemian – Tak... tak... taaaa…aaa...aaa! Eeee… aaa!
Nie ustawałem jednak w modlitwie i nie wiem jak długo to wszystko trwało, gdy w końcu usłyszałem, że modlę się na głos. Ewa też powtarzał te modlitwy głośno wraz ze mną, ale ciągle nie przerywaliśmy swoich innych zajęć. Modły nie pomagały niestety.
- … łaski pełnaaa... aaaa! Aaa! Aaaa! - krzyczała mi do ucha drżąc pode mną jak w febrze i ja też potężnie zadrżałem jęcząc – Paaan…. z Tooobą… - po czym opadłam na nią doświadczając ulgi, jakiej nigdy dotąd nie zaznałem.
- Boże, Boże, Boże – szeptałem bezgłośnie. - Co ja zrobiłem! Boże! Wybacz mi grzesznemu…
Kołysanie łodzią zupełnie ustało. Omdlała jak i ja Ewa posapywała na moich piersiach. Jak długo tak leżeliśmy, nie potrafię powiedzieć. Nagle usłyszałem jakiś szum i stłumione krzyki. Pomyślałem, że jednak nas znaleźli na morzu i zaraz dopadną. Ewa też uniosła głowę.
- Szukają nas – wyszeptała. - Szybko, ubierajmy się. Zaraz tu wejdą – poganiała mnie, ale nie potrzebnie, bo też się błyskawicznie zerwałem.
Leżeliśmy na moim habicie. Gdy go wciągałem przez głowę Ewa kryjąc się za mną również się ubierała. Mrok rozjaśniał blask przedostający się do kaplicy szparami między drzwiami a futryną. W pewnym momencie ktoś je otworzył i światło gwałtownie wpadło do kaplicy.
- Bracie Lucjanie, bracie Lucjanie! Jesteś tu? - pytała postać stojąca w odrzwiach.
- Tak – wycharczałem przełykając nerwowo ślinę – co się dzieje?
- Ania wstała z łóżka i szuka cię.
- Jak to? - zdumiałem się. - Przecież była… była… taka słabiusieńka – nie chciałem powiedzieć, że umierająca.
Ewa za mną chwyciła moje ramię, jakby straciła równowagą.
- Wydaje się, że wyzdrowiała. Jest trochę wycieńczona, ale uzdrowiona. Wszyscy się zbiegli, żeby podziwiać cud i modlitwami dziękują zań Bogu. Nie wiesz gdzie są rodzice dziewczynki? - zasłaniając nos zapytał - Co tu tak dziwnie pachnie w tej kaplicy?
- Mama Ani jest tutaj – powiedziałem drżącym głosem. - Modliliśmy się tutaj wspólnie – poczułem ciężar tego kłamstwa – o duszę i zdrowie jej córeczki. To są stare zawilgocone mury. To zapewne zapach stęchlizny.
- Aaa..acha... - wystękał braciszek, jakby nie dowierzając i którego ciągle nie umiałem zidentyfikować, bo stał pod światło. - To biegnijmy na górę – dodał i odwrócił się na pięcie i pobiegł.
Ewa zdołała jakoś się jako tako pozapinać, gdy niezgrabnie stopy wsuwałem w sandały. Po czym niezwłocznie podążyliśmy za nim.
- To twoje – powiedziała podając mi bokserki, których braku nie zauważyłem.
- Dziękuję – wyszeptałem i schowałem je szybko do rękawa, zastanawiając się, czy coś jeszcze tam nie zostało. Po drodze próbowałem bez powodzenia wygładzić swój niemiłosiernie pomięty habit. Z takim samym efektem próbowałem dyskretnie bokserkami zetrzeć z niego ślady mojego grzechu. W tym godnym pożałowania stanie dotarłem na oddział. Ania rzuciła mi się na szyję z radością. Poznałem ją, choć nieco się zmieniła. Jej oczy straciły dawny błękitny kolor. Były w kolorze ciemno miodowym. Twarz miała mniej pociągłą. Usta pełniejsze i przepiękny profil z charakterystycznym greckim noskiem.
- Jesteś! Szukaliśmy cię wszędzie. - mówiła szybko - Jestem zdrowa, czuję to. Jestem jak dawniej. Choroba całkowicie znikła. Będę żyć! Będą jednak żyć.
- Tak, będziesz żyć długo i szczęśliwie – cieszyłem się również. - To cud, nie ma wątpliwości.
- Dzwoniłam do rodziców na komórki. Tato odebrał, zaraz tu będzie, a mama nie – powiedziała z wyrzutem patrząc na Ewę.
- Modliliśmy się... – spojrzała na mnie znacząco - z bratem Lucjanem w kaplicy, która jest w podziemiach. Widzę, że dzwoniłaś, ale tam widocznie nie ma zasięgu.
- Tato! - krzyknęła do wbiegającego na oddział mężczyzny. - Jestem zdrowa! Stał się cud!
Poznałem Niko. Niemal ta sama sylwetka. Nieco tylko przytył. Jednak nie zgadzało mi się to z tym co miałem w pamięci. Myślałem, że brat, który nas znalazł w kaplicy, się przejęzyczył.
- To twój tato żyje? - byłem zdumiony, ale moje pytanie zdumiało pozostałych.
- Dlaczego miałbym nie żyć? - zaśmiał się Niko.
- Przepraszam – odparłem zawstydzony - coś mi się z tego wszystkiego pomieszało. - A gdzie jest dziadek?
- Dziadka nigdy tu nie było – odparła Ania – nie przyjechał tu z nami, bo od wielu lat cierpi na porfirię. Nie może przebywać nie tylko na słońcu, ale w ogóle żyje w ciągłym zaciemnieniu. Jeśli wychodzi z domu tylko po zmroku i przed świtem wraca. Mówiłam ci o tym. Wszystko ci się poplątało.
- Aha, no tak…? Jakie to smutne – byłem ciągle czymś zaskakiwany.
- Pomódl się za niego – zawołała Ania z entuzjazmem. - Uzdrowisz go jak mnie.
Wszyscy spojrzeli na mnie i poczułem rumieniec wstydu na twarzy.
- Nie jestem cudotwórcą – pokręciłem głową.
- Jednak twoje modlitwy nie poszły na marne. Zostały wysłuchane przez Boga.
- O tak – przytaknęła Ewa – brat Lucjan jest niezwykle uduchowiony. Jego żarliwość jest nie do opisania. Mogłam się o tym naocznie przekonać. Jak to mówią, na własnej skórze – w jej słowach dosłyszałem ironię – po prostu… trudno mi znaleźć właściwe słowo… O! Mam – ucieszyła się - Apostoł modlitwy, to chyba najtrafniejsze określenie.
Podniosłem głowę, ale za moment ją znów spuściłem. Nie potrafiłem znieść pytających spojrzeń zgromadzonych wokół.
- Hmy hmy – chrząknął przeor, który niepostrzeżenie dołączył do nas. - Brat Lucjan jest bardziej wyczerpany tą swoją modlitwą niż nasza cudownie uzdrowiona młoda pacjentka. Wygląda na to, że powinien się teraz oddalić na pewien czas, żeby dojść do siebie.
Skinąłem głową i wdzięczny za tę interwencję szybko ich opuściłam. Zbiegłem do podziemi, żeby pozacierać jakieś ewentualne ślady po tych modłach w kaplicy. Ale wszystko było w najlepszym porządku. Jakby ktoś w międzyczasie tu posprzątał. Westchnąłem tylko i udałem się do swojej celi.
Następnego ranka pożegnaliśmy cudownie uzdrowioną dziewczynkę i jej rodziców. Po czym przeor mnie wezwał. Rozmowa, a właściwie moja spowiedź była długa. Na rozgrzeszenie i pokutę musiałem poczekać kilka dni. Pozostałem w zakonie, ale o rok przedłużono mi nowicjat. Przyjąłem to z pokorą i z ulgą. Ania pisała do mnie maile, które czytałem hurtem i na które odpowiadałem raz w tygodniu, z uwagi na to, że dostałem tylko godzinę tygodniowo na kontaktowanie się z zewnętrznym światem. Wydobrzała całkowicie i chodziła do normalnej szkoły. Nauka nie stwarzała jej kłopotu. Nie unikała też zajęć z wychowania fizycznego. Tego przeważnie dotyczyła jej korespondencja. Pisała też trochę o rodzicach i o dziadku. Po jakiś trzech miesiącach od wyjazdu z naszej kliniki dostałem też i inną wiadomość.
„Będą miała braciszka. Bardzo się tym cieszę. Wybraliśmy już jego imię. Może zgadniesz? Chyba jednak nie. Lucjan. Po ojcu, czyli po moim chrzestnym. Tak żartuje mama. Prosimy cię bardzo o modlitwę za nią i za naszego Lucka co jest jeszcze w brzuchu. No i za mnie też.”

marzec 2018 rok
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Reklama






Wysłany: Sob Sie 17, 2019 14:05    Temat postu:

Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum smierc Strona Główna -> Moderowane przez ddn Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

smierc  

To forum działa w systemie phorum.pl
Masz pomysł na forum? Załóż forum za darmo!
Forum narusza regulamin? Powiadom nas o tym!
Powered by Active24, phpBB © phpBB Group