Forum smierc Strona Główna smierc
smierc i umieranie
 
 POMOCPOMOC   FAQFAQ   SzukajSzukaj   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

UZDROWISKO PATERNOSTER

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum smierc Strona Główna -> Moderowane przez ddn
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
dominikdano



Dołączył: 12 Lut 2007
Posty: 683

PostWysłany: Nie Sty 03, 2016 13:51    Temat postu: UZDROWISKO PATERNOSTER Odpowiedz z cytatem

UZDROWISKO PATERNOSTER
/autor: ddn/

- ... Niestety, ale nie będzie to możliwe. Nasz zakon jest męski i nasi podopieczni, bez wyjątków, są wyłącznie mężczyznami – głos należał do ojca Michała, ordynatora lazaretu, jak zwaliśmy przyklasztorny szpital. - Zresztą stan małej, jak widzę z tych wypisów jest... hm – westchnął cicho - terminalny. Przykro mi... ale chyba to sami wiecie?
Nie powinienem podsłuchiwać, lecz ta rozmowa sama „dolatywała” do mnie, to znaczy na poddasze, na którym akurat sprzątałem. Średniowieczne budowle miewają takie swoistości, że szepty w lochach są doskonale słyszane nawet na strychu. Nie powinienem też zwracać uwagi na coś, co nie jest przeznaczone dla mych uszu, jednak ciekawość wygrała i żeby lepiej słyszeć to nawet zbliżyłem się do otworu „stetoskopu”, jak zwaliśmy te gotyckie, a może i nawet jeszcze romańskie, instalacje do podsłuchiwania.
- Ojcze doktorze, ale Ania jest jeszcze dzieckiem. Wszystkiego już próbowaliśmy... wszystkiego i powiedziano nam, że już jedynie tu możliwe jest uratowanie naszej córki... uzdrowienie... cud. Bardzo proszę nam nie odmawiać, bardzo... – upraszała łkającym głosem matka chorej dziewczynki. - Nie mamy już innej nadziei...
- Owszem, widzę z tych dokumentów, że dziecko było pacjentką doskonałych klinik i najlepsi specjaliści okazali się bezsilni. Naszego skromnego szpitala nie można z nimi porównać pod jakimkolwiek względem. Przykre to, że niestety muszę was rozczarować - autentyczny smutek przebijał z głosu ojca Michała - ale skoro tamci nie dali rady, to my tym bardziej.
- Jednak słyszeliśmy, że jeśli zdarzają się jeszcze cuda na świecie – nowy głos należał do mężczyzny – to jesteśmy we właściwym miejscu. Gdy wszystkie inne możliwości już zawiodły, to może ktoś tu jednak sprawi cud?
- Gdyby jakiś cud miał się zdarzyć, to zdarzyłby się sam, bez naszego udziału. Pana wnuczka ma glejaka czwartego stopnia. Jak czytam w wypisach, wykryto go ponad dwa lata temu. Cudem jest, że przeżyła do dziś. To po prostu nie miało prawa się zdarzyć.
- Ojcze Michale – ten głos należał do przeora, który teraz chyba właśnie podszedł do rozmawiających, gdyż w jego obecności żaden tutejszy mnich się nie odzywa do osób z zewnątrz - chciałbym przez chwilę pozostać tylko z naszymi gośćmi.
Nasz przeor miał rzeczywiście opinię cudotwórcy, który potrafi leczyć najbardziej beznadziejne przypadki. Nie był z wykształcenia lekarzem, jak ojciec Michał i kilku innych naszych braci. Pacjentów przeora umieszczano więc w hospicjum, sąsiadującym ze szpitalem. Tam właśnie zajmował się najciężej chorymi i czasem ich rzeczywiście uzdrawiał.
- Choroba waszej córki jest śmiertelna – przeor nie próbował ich pocieszać. - Nie rokuje żadnych nadziei. Żad-nych – powtórzył z naciskiem.
- Moja wnuczka jest jeszcze zbyt młoda by umrzeć, abba Janie, tylko w tobie pokładamy już nadzieję.
- Raczej pana córka i córka pana córki, a przy okazji pana wnuczka. Czyż nie tak?
- Tak... - głos mężczyzny się załamał – czy przez to właśnie musi umrzeć? - spytał.
- To, że urodziłam siostrę... nie znaczy, że jej nie kochamy... i nie chcemy by żyła. Ona jest taka dobra... wspaniała... taka cudowna... – matka i jednocześnie siostra ciągle tłumiła szloch.
- Nie wiem przez co ktoś musi umierać – odparł przeor. - Może Ania sama najlepiej to wie? - zamilkł i po chwili namysłu zdecydował. - Dobrze. Niech więc będzie co ma być,wezmę ją do siebie, skoro o to prosicie, ale niczego wam nie obiecują. Czy to jest jasne?
- Dziękujemy z całego serca, dziękujemy – kobiecy głos łkał – ale proszę jej na Boga nie mówić, że dziadek jest jej tatą. Bardzo proszę. Ona tego wcale nie wie.
- Być może – mruknął. - Ode mnie się tego oczywiście nie dowie. Proszę więc podjechać pod bramę hospicjum i poczekać, aż ktoś do was wyjdzie i odbierze dziewczynkę. Z panem Bogiem – pożegnał się cicho.
Dosłyszałem już potem tylko cichnący odgłos oddalających się ludzi i po chwili ciszy silne bicie własnego serca. Nic dziwnego, że biło tak gwałtownie. Boże, czy te straszne tajemnice powinienem usłyszeć? Nawet ojciec Michał ich nie poznał, bo wpierw przeor kazał mu się oddalić. A jak w takim razie powinienem postąpić ze spowiedzią? Nagle poczułem się jak w potrzasku. Tej nocy też nie mogłem usnąć. Zazwyczaj usypiam szybko i lekko, czemu sprzyja praca fizyczna i modlitwa. Ora et labora są tu zasadniczym stanem bycia. Z powodu bezsenności czuwałem, co też jest formą wypoczynku, który był zaburzany powracającymi myślami o podsłuchanej rozmowie. Gdy w końcu wstałem przed świtem, nie byłem okropnie zmęczony, a tylko trochę. Kusiło mnie by pójść do hospicjum i zobaczyć tę biedną Anię, ale ostatecznie powstrzymywałem się i tylko się w jej intencji pomodliłem.
Jestem od niedawna w nowicjacie i jeszcze sporo czasu upłynie do złożenia pierwszych ślubów zakonnych. Nasi bracia posługują chorym mężczyznom, zaś siostry z podobnego zgromadzenia posługują chorym kobietom. Tak to kiedyś dawniej zostało ustalone i dlatego przyjęcie do hospicjum umierającej dziewczynki przez przeora jest niebywałym zdarzeniem, o którym się jednak nie mówiło, bo nie zwykliśmy komentować decyzji przełożonych. Każdy z nas, czy to wyświęcony mnich, czy też nowicjusz, poza tym co nakłada zakonna reguła, ma dokładnie określone zadania do wypełnienia i rozmaite prace do wykonania, te codzienne i te rzadsze, doraźne. Od nowicjuszy wymaga się głównie utrzymywania porządku, sprzątania, pomagania innym w ich znacznie bardziej odpowiedzialnych czynnościach. W naszym zakonie jest w sumie trzydziesty dwóch mnichów posługujących chorym i jedenastu nowicjuszy. Czyli łącznie jest nas aktualnie czterdziestu trzech. Czterdzieści trzy to liczba pierwsza, a cztery dodać trzy równa się siedem, czyli także liczba pierwsza, mająca ponoć jakieś kabalistyczne znaczenia, ale kabałą się tu chyba nikt nie para.
W szpitalu jest miejsce dla prawie sześćdziesięciu pacjentów, którymi opiekuje się mieszany personel medyczny, złożony z naszych braci zakonnych i osób świeckich, lekarzy, terapeutów, pielęgniarzy, zaś hospicjum, mające niemal zawsze komplet trzydziestu trzech chorych terminalnie, obsługujemy już sami. Dostęp do nich mają też kobiety. Zazwyczaj są to żony umierających, ich siostry lub córki, z którymi mogą przebywać bez jakichkolwiek ograniczeń, także jeśli są przyjezdnymi. Kompleks zabudowań przyklasztornych posiada dla nich mały i dość wygodny hotel, z możliwością stołowania się w pobliskim zajeździe, który też oferuje noclegi. Oczywiście pacjenci szpitala też mogą być odwiedzani przez bliskich, ale tylko w wyznaczonych dniach i porach odwiedzin. Naszymi pacjentami są nie tylko osoby duchowne, czyli księża, bądź zakonnicy. Większość to jednak świeccy, nieraz nawet niekatolicy. Pracujący w szpitalu i w hospicjum mają dobre przygotowanie zawodowe. Wielu naszych mnichów ukończyło renomowane akademie medyczne i jest w pełni wykwalifikowanymi i doświadczonymi medykami, często o kilku specjalizacjach lekarskich. Apteką ogólnodostępną, gdzie każdy może zaopatrzyć się w lekarstwa i w wiele innych artykułów przydatnych chorym, zarządzają też mnisi farmaceuci po studiach. Ja sam, przed wstąpieniem do naszego zgromadzenia, ukończyłem psychologię, dlatego bardziej przydaję się w hospicjum. Ale też czasem miewam dyżury w szpitalu. A i nasz szpital, co pewien czas, ma ostre dyżury i wtedy przyjmuje też kobiety na oddział intensywnej opieki medycznej, popularnie zwany OIOM.
Podczas jutrzni ciągle nachodziła mnie myśl o przyjętej poprzedniego dnia do hospicjum ciężko chorej dziewczynce, dlatego ledwo co mogłem skupić się na modlitwie. Niepokoiło mnie też, że byłem przypadkowym świadkiem tej dramatycznej rozmowy. Postanowiłem więc, że po pracy pójdę do naszego przeora i mu to powiem, bo nikomu innemu nie chciałbym o tym mówić bez jego zezwolenia. Musiałem się też zastanowić jak ominąć podpszeora, do którego powinienem zwrócić się z tym wcześniej, ale tym razem sprawa była szczególna. Wyczekałem więc, jak wyjdzie z pokoju i wszedłem do sekretariatu, gdzie urzędował ojciec Stanisław. Popatrzył na mnie i nie pytając wskazał drzwi.
- Czeka na ciebie – wyszeptał, co wywołało u mnie lekkie dreszcze, bo choć wiedzieliśmy, że Abba ma nieludzkie umiejętności, to zawsze zaskakiwało nas, gdy objawiały się nam w taki bezpośredni sposób.
Wszedłem jak potrafiłem najciszej i stanąłem przed skromnym prostym biurkiem, za którym siedział i przeglądał jakąś wiekową księgę.
- Chciałeś się ze mną widzieć – powiedział cicho, nawet na moment nie odrywając oczu od zżółkłych rycin, na których była ona otwarta.
- Tak, czcigodny ojcze, muszę coś wyznać – zacząłem z duszą na ramieniu, ale skoro już przemówiłem, to niech się dzieje Wola Boża. - Wczoraj pracowałem na poddaszu i przypadkowo do moich uszu doszła rozmowa, która nie była dla nich przeznaczona. Usłyszałem tylko jej fragmenty, ale jak sądzę, dość kluczowe – zawahałem się i po chwili kontynuowałem – dotyczyły osoby, która wczoraj została przyjęta do hospicjum – wystękałem.
Zamilkłem i pochyliłem głowę, a przeor Jan w skupieniu kartkował księgę, jakby nie słyszał co powiedziałem i tylko szelest pergaminu naruszał przejmującą ciszę. Przejmującą, lecz nie grozą, a raczej niepokojem.
- Nic się nie dzieje przypadkowo – powiedział cicho, jakby tylko do siebie to mówił. - Przypadek to wymysł ateistów i materialistów. Nie istnieje coś takiego jak przypadek. To fałszerstwa głupców.
Struchlałem i stałem jak słup soli, nie ważąc się już nawet odzywać i tylko czekałem co mi rozkaże.
- Opatrzność Boża sama o wszystkim decyduje, a my mnisi winniśmy posłuszeństwo. Miłosierny Bóg wskazuje po swojemu kto ma spełnić Jego wolę. A więc od teraz Ania znajdzie w tobie troskliwego opiekuna, prawdziwego samarytanina, drogi synu.
Znów pochylił się nad księgą, co dla mnie znaczyło koniec audiencji. Wyszedłem cicho i skierowałem się do hospicjum, żeby poszukać chorej.
Anię znalazłem w sali na drugim piętrze hospicjum. Panował tu półmrok, choć do wieczora było jeszcze trochę czasu, a i okno od południa dawało więcej światła niż gdzie indziej, to jednak nie w grudniu. Szarość wnętrza barwiły tylko lampki, diody i monitory aparatury podłączonej do chorej dziewczynki. Chyba spała. Kołdra okrywała drobny, a może raczej smukły dziecięcy kształt o bladej wychudzonej twarzyczce. Ciężka choroba i obciążająca organizm terapia zawsze postarzają, dlatego wyglądała na znacznie więcej lat niż rzeczywiście ich miała. Cicho zdjąłem kartę choroby ze szczytu łóżka, jak się fachowo nazywa ów element przeciwny do wezgłowia, gdzie się ją zwykle wiesza i podszedłem do okna, bo było tam nieco jaśniej. Włączenie światła mogłoby niepotrzebnie zbudzić tę biedną drobinkę. Podano jej leki i kroplówki, które czasem usypiają. Po zapoznaniu się ze skromną dokumentacją chorej odwiesiłem kartę z powrotem i usiadłem na krześle próbując się pomodlić. Szło opornie, bo smutek i natłok myśli utrudniały skupienie. Wnet przypominało mi się moje własne dzieciństwo, szczęśliwe i radosne.
Zawsze byłem zdrowy jak koń i pełen energii. Uwielbiałem i jest tak do dziś, wysiłek fizyczny, sport i turystykę, w rozmaitych formach, czasem też ekstremalnych. W nowicjacie dostałem przyzwolenie na kontynuowanie tych zamiłowań, z wyjątkiem boksu, karate i wszelkich innych sztuk walk, choć aikido, które uprawiałem wiele lat, osiągając zresztą znaczne umiejętności, jest właśnie duchową techniką opanowywania każdej formy agresji. Być może to nawet ono sprawiło, że zatęskniłem za mnisim habitem.
Nasz klasztor oraz także szpital otoczone są rozległym kompleksem parkowym z kilkunastu kilometrową siecią ścieżek zdatnych do biegania przełajów, a zimą prócz tego służących jako wymagające trasy dla narciarzy klasyków, bo teren jest tu mocno pofałdowany, jak to zwykle w górach. Można więc mnie często widzieć jak sobie po tym parku kłusuję, ale przeważnie jednak nikogo tam nie spotykam. Nieopodal naszej miejscowości, w dawnych, a dziś niestety zrujnowanych magnackich włościach, prywatni inwestorzy planują wybudować ośrodek rehabilitacyjny. Ma więc tam powstać w dawnym pałacu duży hotel z rozmaitymi urządzeniami służącymi do odnowy biologicznej, z salami gimnastycznymi, a nawet z siłownią i pływalnią. Można tam będzie stąd w pół godziny dojechać na rowerze. Nie wykluczone, że dostanę zgodę na korzystanie z tych dobrodziejstw cywilizacji. Póki co za siłownię służy mi drewutnia, gdzie noszę kłody i rąbię je na szczapy nadające się do spalenia w piecach i kominkach klasztornych oraz na podpałkę w kotłowni szpitala. Łatwo odpłynąłem z nurtem miłych myśli i gdy się z nich otrząsnąłem, to w mroku sali zobaczyłem szkliste oczy, przypatrujące mi się z zaledwie cząstkowym zainteresowaniem, można rzec przełamującym nieobecność. Ania dostawała środki przeciwbólowe, które też otępiają. Wstałem i podszedłem bliżej dziecka. Śledziła spojrzeniem moje ruchy, a więc była przytomna.
- Na imię mam Lucjan – przedstawiłem się – i jestem twoim pielęgniarzem, Anno. Czy masz jakieś życzenie?
Zaprzeczyła powolnym ruchem głowy.
- Twoi... - chciałem powiedzieć rodzice, ale ugryzłem się w język – twoi bliscy są na miejscu, odpoczywają w hotelu – wiedziałem, że czuwali od wczoraj niemal do południa - i jeśli chcesz to zaraz ich tu poproszę.
- Nie trzeba, niech się prześpią - wyszeptała. - Są bardzo zmęczeni. Ale to już nie potrwa długo – zamknęła powieki i zdawało mi się że znów usnęła, jednak nie, bo cicho poprosiła. - Czy może ksiądz zapalić jakąś lampkę, bo tak tu ciemno?
- Jasne – szybko zapaliłem kinkiet. - Czy tak wystarczy?
Skinęła, była bardzo osłabiona, lecz spojrzała na mnie z nieco większym zainteresowaniem.
- O, młody jest mój ksiądz – uśmiechnęła się i raczej stwierdziła niż pytała - i będzie przy mnie do końca?
Poczułem to fizycznie, bo aż ukłuło mnie w brzuchu.
- Nie jestem księdzem, bo zaledwie alumnem, czyli jakby uczniem w nowicjacie.
- Yhym – przytaknęła i po chwili dodała – ale i tak nie wiem co to znaczy. Każdy ma takiego księdza... na jakiego zasługuje. A mój jest alumnem – mimo swego stanu potrafiła ciągle żartować, ale szybko spoważniała. - Nie jestem... wierząca... tak wierząca jak ksiądz. Nie wiem sama jak.
Powoli przesunęła prawą dłoń w okolice serca, jakby chciała sprawdzić, czy ma coś pod koszulą. Potem z trudem wysupłała spod niej niewielki wisiorek, który zabłysnął w bladym świetle sali i rozjaśnił całe wnętrze niespodziewaną iluminacją promieni, jakby to on właśnie był źródłem tego blasku.
- Wierzę, że ten amulet mi pomaga - wyszeptała. - Kryształek znalazłam niedawno w jakichś domowych szpargałach i poprosiłam mamę, by go tak oprawiła. To nie jest zwyczajna biżuteria. W to wierzę... a ksiądz w co wierzy?
- Raczej nie wierzę w amulety i że mogą pomóc. Martwe rzeczy są pozbawione ducha, który jest życiem. Pomóc może tylko to, co ma w sobie ducha, co jest żywe. Zgodnie z tym w co wierzę tylko żywi ludzie mają w sobie ducha.
- Mój duch jest już więc prawie martwy... Jak ten wisiorek.
- O nie, nic podobnego. Każdy duch jest nieśmiertelny. Jest wieczny, bo nie jest z materii. Nie ma w nim... – przez moment zastanawiałem się czego takiego – ani krzty śmiertelnej substancji. Jest samym wiecznie żywym życiem.
- To chyba nie wszyscy ludzie go mają. Ja go raczej nie mam.
- Każdy człowiek go ma. Ty też, skoro żyjesz. Fakt życia to jest dowód jego obecności. Innego ludzie najczęściej nie znajdują.
- Czy zwierzęta też mają ducha? - tym trafnym pytaniem mnie zaskoczyła. - Bo one też żyją.
- No tak, muszą go mieć, ale pewnie innego, skoro są zwierzętami, a nie ludźmi – improwizowałem mając nadzieję, że nie plotę herezji. - Ludzkie duchy nazywamy duszą, a zwierzęta jej podobno nie mają – przypomniałem sobie dawną lekcję katechezy. - Może jesteś już zmęczona moją paplaniną?
- Nie, nie. Ta rozmowa mnie nie męczy, ale pomaga, przynosi ulgę, odrywa od myśli, od strachu. Boję się śmierci, która przyjdzie niedługo. O właśnie! Wierzę w śmierć. A ksiądz? Czy ksiądz wierzy w śmierć odbierającą ludziom ich życie?
- Tak, ale wierzę też, że można ją pokonać. Jezus choć umarł na krzyżu, to ją pokonał.
- Czy może mi ksiądz o tym opowiedzieć? W domu nigdy o tym nie rozmawialiśmy i nie chodzimy też do kościoła – wyjaśniła.
- Oczywiście, ale to jest długa historia.
- Nie szkodzi. Innych zajęć nie mam. Mogę właściwie tylko słuchać.
- Hmm, jak to zacząć? - namyślałem się przez chwilę, ale skoro rozmowa ze mną łagodzi jej cierpienia, to właściwie długie opowiadanie będzie nawet lepsze.
- Najłatwiej zaczyna się od początku – coraz bardziej zdumiewała mnie jej rezolutność.
Przytaknąłem więc tylko skinieniem głowy. Kandydat na zakonnika z zacięciem kaznodziejskim. Wcześniej się takim nie widziałem. Ale niech się stanie Wola Boża, amen.
- Wierzymy w Kościele, że Bóg, który istnieje i jest wieczny, który wszystko może i wie też wszystko, który jest bardzo dobry i sprawiedliwy i w ogóle jest doskonały, stworzył cały świat od zera. Po prostu z niczego go stworzył taki jaki jest. Uczynił to z niedającej się po ludzku wyrazić miłości do ludzi, których stworzył na swój obraz i podobieństwo, dając im też wieczne życie – powoli nabierałem rozpędu w snuciu biblijnej opowieści, zważając by dostosować jej treść do młodych uszu słuchaczki.
Przerwałem opowieść, gdy zauważyłem, że usnęła kiedy właśnie Salomon zaczął wznosić świątynię. Wydawała się też bardzo spokojna. Cicho więc wyszedłem i skierowałem się do swojego małego apartamentu. Każdy zakonnik ma bowiem własną celę z łazienką, czasem też z małym gabinetem. Także alumni, będący w nowicjacie, mają oddzielne pokoje z umywalkami, wyposażone w zwykłe łóżka, proste stoliki i takież krzesła. Wspólne są sanitariaty, ubikacje i łazienki, dostępne z korytarza.
Zerknąłem na zegarek. Było jeszcze trochę czasu do nieszporów, dlatego postanowiłem się odświeżyć, wziąć prysznic, ubrać czyste odzienie. Po modlitwach wieczornych planowałem znów pójść do Ani, a potem być może spędzić przy niej całą noc.
Gdy przyszedłem do chorej, zastałem u niej matkę i dziadka. Ania była ożywiona i uśmiech często pojawiał się na jej twarzyczce. Zobaczyła mnie w drzwiach i machnięciem dłoni zaprosiła mnie do wejścia.
- To jest ksiądz Lucjan – przedstawiła mnie rodzinie - jest cudownym pielęgniarzem. Moja mamusia. – wskazała na bliskich - Prawda, że jest piękna? A ten przystojniak, to mój ukochany dziadek.
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – przywitałem się trochę speszony słowami pacjentki.
- Na wieki wieków amen – odparł przystojniak, a piękna mama tylko łaskawie na mnie spojrzała i lekko skinęła głową.
- Nie będę państwu przeszkadzał – postanowiłem się wycofać. - Gdybym był potrzebny to jestem w dyżurce. Tym przyciskiem można mnie łatwo przywołać – dodałem i szybko wyszedłem.
Kilka miesięcy bycia w nowicjacie, codzienna bliskość skromnych, cichych i łagodnych mnichów sprawiły, że odwykłem od normalnych, świeckich zachowań. W pewien sposób zdziwaczałem.
Dyżurujący w hospicjum brat przekazał mi polecenie przeora, że po kolacji mam do niego przyjść, co też uczyniłem, wchodząc od razu do jego biura. Zresztą i tak nie było ojca Stanisława.
- Jaki jest stan naszej pacjentki, synu? - zapytał ojciec Jan.
- Z wyników badań bez zmian, ale gdy ją widziałem ostatni raz, to wydała się pogodzona ze swoją sytuacją – niewiele miałem mu do przekazania, więc dodałem. - Dzielę się z nią ewangelią.
- Aha. Ona nie jest ochrzczona. Wiesz o tym?
- Nie, powiedziała mi tylko, że nie chodzą w domu do kościoła. Opowiadam jej historię biblijną i jak sądzę z zainteresowaniem jej słucha.
- To chyba wszystko co możemy dla niej zrobić. Jej ziemski czas dobiega kresu.
- Jednak jej bliscy wierzą, że u nas wyzdrowieje – poczułem się rozczarowany. - Liczą na cud! - niemalże to wykrzyknąłem.
Abba Jan nic nie odrzekł i tylko popatrzy na mnie przeszywającym spojrzeniem. Skurczyłem się w środku niezadowolony z siebie. Ciągle jestem nieposkromionym wojownikiem, który nie panuje nad emocjami.
- Przepraszam – wystękałem zawstydzony.
- Nie ma powodów – uśmiechnął się po swojemu. - Dzielenie się ewangelią to największy cud. W nim pokładajmy swą nadzieję – jakby na przestrzał, ciągle świdrował mnie oczami.
Nie wiem czy myślał o Bogu, czy o dzieleniu się się słowem Bożym, a może o czymś jeszcze. Zapragnąłem się szybko stąd ewakuować, ale zupełnie nie panowałem nad własnym ciałem. Stałem nieporuszony, jakbym nagle wpadł w katatonię. Przeor podniósł się z krzesła i podszedł do wielkiej szafy z książkami, która była jego osobistą biblioteką. Otworzył masywne przeszklone drzwi i po chwili wyjął z niej sporą tekę zamykaną na kłódeczkę. Po czym mi ją podał wraz z kluczykiem, który wyszperał z zakamarków wiekowego regału.
- Mroczne dzieje – wyszeptał tajemniczo i dodał jeszcze tylko – do przejrzenia w swobodnym momencie.
Ale do przeglądania teczki zabrałem się natychmiast po powrocie na dyżur. Sprawdziłem tylko, czy nie jestem gdzieś pilnie potrzebny. Ani nadal towarzyszyli bliscy. Inni moim podopieczni też nie wzywali pielęgniarza, ale upewniłem się, że niczego pilnego ode mnie nie potrzebują. Uznałem więc, że moment jest właśnie swobodny, by zajrzeć w mroczne dzieje, jak to ujął przeor Jan.
Teczka nie była opisana. Zawierała odręcznie wykonane notatki na zżółkłych papierach dziwnego, bo niemal kwadratowego formatu, spiętych w cztery lekko prujące się już, może ze starości nawet, niezbyt grube zeszyty. Przeważnie zapisano je i zarysowano ołówkiem, ale też kilka stron było wykonanych jakby jakimś brunatnym tuszem, lub atramentem. Te nibynotesy były na okładkach opisane, albo może zatytułowane „Nelees”, „Nomead”, „Sertceps”, „Muroinmos”. Poza nimi był w teczce plik wycinków z gazet, lub z jakichś innych druków, jakby powyrywanych, czy wręcz wyszarpanych z książek. Do każdego takiego wycinka były podpięte karteczki, objaśniające ich często obcojęzyczną treść, co stwierdziłem po pobieżnym przeczytaniu jednej z nich. Ponadto znajdowało się jeszcze w teczce kilkanaście zrobionych ołówkiem rysunków na bezformatowych różnokształtnych kartonikach, z jakimiś dziwnymi gryzmołami oraz brązowa nieopisana koperta zawierająca monochromatyczne zdjęcia, głównie w szarościach i kilkanaście też w odcieniach sepii oraz klaser na znaczki pocztowe wypełniony odcinkami kliszy fotograficznej. Wyjąłem kolejno kilka tych negatywów i obejrzałem pod światło. Niewiele to dało. Bez dobrej lupy czy jakiegoś rzutnika, to raczej szkoda wysiłku, żeby coś na nich dojrzeć. Tylko jakieś drobniusieńkie plamki.
Sięgnąłem znów po notesy i teraz już znacznie wolniej je przekartkowywałem. Z zadowoleniem oceniłem, że notatki sporządzono ładnym, dość wyraźnym charakterem pisma, a znajdujące się tam odręczne rysunki, wykonano z biegłością godną renesansowego artysty. Potem przejrzałem uważnie wycinki i drukowane kartki. Ich treści dotyczyły zdarzeń nie dających się racjonalnie wyjaśnić, które zaliczano tam do cudów. Zdjęcia przedstawiające jakieś osoby były ponumerowane i jak sądziłem mogły być powiązane z pozostała zawartością teczki. Podobnie też ponumerowane były negatywy, co już wcześniej dostrzegłem.
Usłyszałem kroki na korytarzu i za chwilę pojawili się w drzwiach dyżurki bliscy Ani.
- Usnęła – wyszeptał dziadek dziewczynki. - Będziemy w pokoju hotelowym gdyby się coś działo... - wyszeptał przygnębionym głosem. - Proszę czasem zaglądać do Aneczki.
- Oczywiście, Ania jest pod stałą czujną opieką – odparłem. - Proszę sobie spokojnie odpocząć.
Gdy tylko zjechali windą, szybko spakowałem teczkę, z która nie chciałem się rozstawać ani na moment i udałem się do niej. Kiedy zajrzałem do sali miała otwarte oczy i przywołała mnie gestem dłoni.
- Nie śpię, ale chciałam by mama i dziadek już poszli, więc udałem, że usnęłam – uśmiechnęła się kącikami ust. - Są bardzo zmęczeni tym wszystkim. Czy opowie mi ksiądz co było dalej z tą świątynią Salomona i co się potem jeszcze zdarzyło?
- Dobrze, skoro cię to nie nudzi – uśmiechnąłem się i usiadłem przy niej na krześle, po czym podjąłem przerwaną poprzednim razem opowieść.
W końcu jednak zasnęła i wówczas wróciłem na dyżur, który kończył się przed świtem. Zaglądałem kilka razy do niej i do innych podopiecznych, a w międzyczasie przeglądałem materiały otrzymane od przeora. Ich lektura, choć rzeczywiście wyrywkowa i pobieżna, zamiast wyjaśnić tylko namieszała mi w głowie. Gdy wróciłem do swojego pokoju rozważałem jeszcze czy dalej to czytać. Po namyśle jednak zrezygnowałem, gdyż byłem bardzo znużony. Usnąłem natychmiast po położeniu się do łóżka. Jak szybko kamień zapada się w głębi, tak ja utonąłem w niebycie. Spałem tej nocy tylko kilka godzin, ale tyle mi wystarczyło, by zregenerować siły, bo wstałem dość rześki. Po jutrzni i jeszcze przed śniadaniem pognałem do Ani. Dziewczynka nadal spała. Koło dziewiątej jest w hospicjum codzienny obchód lekarski. Potem zapewne przyjdą do niej jej bliscy. Miałem więc dobrą sposobność na swój poranny bieg, który odkładałem z uwagi na zajęcia i niezbyt zachęcającą do wychodzenia z domu pogodę. Ten poranek zdawał się przyjemny, bez silnego mrozu i bez opadów. Powietrze było cudownie orzeźwiające. Po krótkiej rozgrzewce ruszyłem, gdy właśnie jasność dnia zaczęła brać górę nad mrokiem odchodzącej nocy. Ścieżka była udeptana przez spacerujących tu za dnia, bo o tej porze nikt tu raczej nie przychodzi i też nie za śliska dla moich butów, przeznaczonych właśnie do biegania w takich warunkach. Szybko wszedłem w swój normalny rytm. Oddech trzeba zsynchronizowany z ruchem, wtedy można biec w miarę stałym tempem, niezależnie od tego czy wypadnie to w dół, czy pod górę. Trasa jaką obrałem wpierw wiodła wznoszącym się tu lekko obrzeżem zagajnika, po czym ostro skręcała i prowadziła duktem przecinającym go w poprzek. Tam było nieco ciemniej z uwagi na dość wysokie drzewa i gęste zarośla, jednak zalegający śnieg odbijał blask poranka rozpraszając skutecznie mrok. Gdy dobiegałem do kamiennej figury Chrystusa stojącego na doryckiej kolumnie, przy której to przeżegnawszy się skręcałem w kierunku powrotnym, bo była to mniej więcej połowa mojego zwyczajnego dystansu, jakieś jedenaście kilometrów z haczykiem, zobaczyłem coś dziwnego. Ktoś z pochyloną głową klęczał w śniegu tuż pod Chrystusem. Zwolniłem zaskoczony, a gdy zbliżyłem się na kilka metrów do postaci, ta podniosła się i odwróciła w moją stronę. Od razu rozpoznałem ojciec Jakuba, mającego blisko dziewięćdziesiąt lat emerytowanego księdza, przebywającego od kilku tygodni w naszym hospicjum. Choć jego stan był bardzo zły, cierpiał w wyniku ciężkiej choroby i w każdej chwili mógł odejść, to niezmiennie wzruszał wszystkich miłym, pogodnym usposobieniem. Spotkanie go tutaj nie mieściło mi się w głowie. Ucieszyłem się jednak na jego widok, bo żeby tu dojść, to musiał wyzdrowieć.
- Co za spotkanie... niech będzie pochwalony... - dyszałem i ze zmęczenia i trochę też z przejęcia - Jezus Chrystus...
Nic jednak nie odrzekł, a tylko pobłogosławił mnie znakiem krzyża i po chwili rozwiał się jak mgła. Tak po prostu. Rozejrzałem się wokół, ale ani jego, ani nikogo innego nie zobaczyłem. Pomyślałem, że widocznie jestem bardziej przemęczony niż sądziłem i mój umysł płata mi takie figle. Z powrotem biegłem więc nieco wolniej, żeby nie przeholować ze zbytnim wysiłkiem, bo omdlenie w bezludnym lesie i na mrozie mogło skończyć się kiepsko. Dopiero na miejscu dowiedziałem się, że ojciec Jakub umarł wtedy właśnie, gdy go „spotkałem” pod figurą w lesie. Byłem tym faktem wstrząśnięty. Mimo że uważałem się za religijnego, to z pewnością nie za naiwnego czy infantylnego człowieka. Nie wierzyłem dotąd w duchy pojawiające się żywym ludziom. Także i po tym zdarzeniu ciągle nie mogłem w nie uwierzyć. Zachowałem więc zdrowy sceptycyzm i uznałem, że lektura zawartości teczki otrzymanej od przeora, której to się oddałem kilka godzin wcześniej, a która właśnie tyczyła niezwykłych nadnaturalnych zjawisk, percepcji ich z poziomu duszy, a także realnego istnienia duchów, zjaw i rozmaitych demonów, mogła wywołać w moim umyśle tego rodzaju ułudę. Tylko dlaczego uroił mi się akurat ktoś taki, kto w tym samym momencie umarł? Odpowiedź umykała racjonalnym argumentom. Można to uznać za osobliwy przypadek, ale przecież Abba Jan stwierdził, że jest on wymysłem ateistów. Przypadki, jak mówi, nie istnieją. Pomyślałem, że muszę tę jego opinię jakoś sprawdzić.
Pobiegłem od razu do szatni dla personelu, gdzie wziąłem prysznic i przebrałem się w medyczną wersję habitu. Tak jak przypuszczałem, po obchodzie lekarskim zastałem u Ani jej bliskich. Niestety jej stan zdrowia systematycznie, acz dość powoli się pogarszał. Po południu przez parę godzin byłem przy niej. Chciała bym kontynuował historię biblijną, której nie poznała dotąd, choć przecież mogła. Tę katechezę przerywaliśmy jej opowieściami o sobie i jej rodzinie. Miała przy sobie kilka zdjęć, które podobnie jak kryształ przerobiony na wisiorek, znalazła porzucone wśród zapomnianych rodzinnych staroci.
- To jest mój tata – powiedziała pokazując mi zdjęcie, na którym jej, wtedy jeszcze bardzo młoda mama, ubrana w bikini, stoi przytulona do wysokiego mężczyzny, a właściwie młodzieńca o ciemnych włosach. - Mamusię chyba ksiądz rozpoznał? To zdjęcie zrobił im dziadek w czasie rejsu po Morzu Egejskim. O, tu jest nawet opisane miejsce i dokładna data – odwróciła fotografię i przeczytała - „Orfeusz”, to jacht, na którym wtedy płynęli.
- I co się z twoim ojcem dzieje? - zapytałem i wziąłem od niej zdjęcie, żeby się mu lepiej przypatrzeć.
- Niedługo potem zginął. Nigdy go więc nie widziałam. Mam tylko tę jedyną po nim pamiątkę – posmutniała. - Był wtedy studentem. Chyba studiował w Atenach. A w czasie wolnym i na wakacjach dorabiał wynajmując się jako sternik na jachtach dla turystów. Był nim w każdym razie na „Orfeuszu” i tam poznał mamę i się w niej zakochał. I potem się urodziłam – dodała, jakby to było takie oczywiste.
- Szkoda, że zginął – zasępiłem się, ale nie chciałem drążyć już tematu, jednak Ania sama go podjęła.
- Wierzę, że się z nim niedługo spotkam – powiedziała cichutko. - Mamusia mi mówiła, że kilka dni potem, jak zrobili sobie to zdjęcie, zawinęli na Santorini. Wyspa w czasach antycznych nazywana była Kalliste, czyli najpiękniejsza, jak napisano w przewodnikach turystycznych. I że to wyspa ognia i miłości. Właściwie Santorini jest grupą wysp, małym archipelagiem, ale kiedyś właśnie miała być ona legendarną Atlantydą, na którą zagładę sprowadzili żyjący tam wtedy magowie i czarownicy – dodała, ale po chwili milczenia wróciła do przerwanego wątku o ojcu. - Tatuś zaraz pierwszej nocy jaka zapadła nad Santorini wypłynął łódką na morze i przepadł. Rano wszczęto poszukiwania, ale znaleźli ją wywróconą do góry dnem. Po tatusiu nie było nawet śladu – dodała. - Czasami marzyłam, że go ktoś jednak uratował, może delfiny albo jakaś nimfa go uchroniła od śmierci. Ciągle zresztą wierzę, że gdzieś tam jest, doświadczając szczęścia i słodyczy, jak Odyseusz z Kalipso, której uroda i dobroć dorównują mamusi... i nic o mnie nie wie... - westchnęła.
Po dyżurze wpadłem Na chwilę do szatni po strój do biegania, który przepocony trzeba było po każdym bieganiu wyprać i dopiero potem wróciłem do swojego pokoju, w którym zastałem niebywały bałagan, a teczka przeora i jej zawartość były porozrzucane w całym pokoju, jakby jakiś huragan tu przed chwilą szalał. Zaskoczony i zdumiony stałem w drzwiach nie wiedząc co mam z tym fantem zrobić. Ktoś to musiał celowo zrobić, wszedł w mój intymny obszar, włamał się weń nieproszony i buszował w moich osobistych rzeczach. Innej przyczyny nie widziałem i poczułem się tym upokorzony. Pomyślałem po chwili, że może zostawił jakieś ślady, po których mógłbym tego intruza rozpoznać. Okno było zamknięte, a więc mógł wejść i wyjść tylko drzwiami, w których stałem. Odłożyłem przed progiem rzeczy, które miałem w rękach i powoli wszedłem do wnętrza i niczego nie dotykając zacząłem systematyczne oględziny miejsca przestępstwa. Nigdzie nie zauważyłem wyraźnych śladów po obcym i raczej też nic stąd nie zabrano. Najwidoczniej komuś tylko zależało na zrobieniu tu bałaganu. To był jedyny objaw myszkowania złoczyńcy, ale całkowicie nieczytelny dla mnie, przynajmniej w tym momencie. Musiałem przywrócić porządek i ten bałagan posprzątać, lecz uznałem, że wpierw trzeba go dokładnie zinwentaryzować. Jeden z braci zakonnych miał aparat fotograficzny i mi go bez pytania o powody pożyczył, dzięki czemu wszystko, z każdej dogodniejszej strony, dokładnie mogłem sfotografować, by móc potem przegrać zdjęcia na własnego laptopa. W ten sposób mogłem dalej kontynuować śledztwo w normalnych warunkach, to jest w jakich tu zawsze mieszkałem.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Reklama






Wysłany: Nie Sty 03, 2016 13:51    Temat postu:

Powrót do góry
Nina2



Dołączył: 08 Lut 2007
Posty: 3178
Skąd: Paris, France

PostWysłany: Pią Lut 12, 2016 16:42    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Nieco przegadane...?
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
dominikdano



Dołączył: 12 Lut 2007
Posty: 683

PostWysłany: Pią Lut 12, 2016 20:02    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Że też znalazłaś czas, żeby to przeczytać Nino, ale dzięki za opinię :)
Dawno się nie udzielałaś na swoim forum. Co słychać?
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Reklama






Wysłany: Pią Lut 12, 2016 20:02    Temat postu:

Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum smierc Strona Główna -> Moderowane przez ddn Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

smierc  

To forum działa w systemie phorum.pl
Masz pomysł na forum? Załóż forum za darmo!
Forum narusza regulamin? Powiadom nas o tym!
Powered by Active24, phpBB © phpBB Group